Życzenia cz.6

     

         Gumowy młot nie daje za wygraną, sunie w naszym kierunku z prędkością nadświetlną. Ze strachu mam wrażenie, że portki wypełniają mi się czymś nieprzyjemnym w zapachu, ale na szczęście to tylko wrażenie.

           - Zrób coś! – krzyczę do Gienka, ale ten chyba spanikował, zastygł bez ruchu, i czeka już tylko na zbawienie.

           Nagle na trajektorii lotu młota pojawiła się zbudowana z pustaków ściana. A najlepsze w tym to to, że dosłownie przed chwilą o niej pomyślałem. Wygląda na to, że jaźń Gienka spełnia wszystko to, o czym pomyślę. Niestety młot przebił się przez przeszkodę tak jak nóż wbija się w masło. Muszę naprędce wyobrazić sobie coś, co go zatrzyma raz na zawsze… Już wiem! Wymyśliłem sobie stojący w pionie gwóźdź, który pojawił się tuż przed nami. Jeżeli dobrze dedukuje, to może i nie zniszczy młota, ale z pewnością powstrzyma go na dłużej.

           Nadchodzi czas prawdy. Jeszcze kilka metrów i, albo zostaniemy spłaszczeni na placek, albo wyjdziemy z tego piekła bez najmniejszego zadraśnięcia.

           Młot zatrzymał się w miejscu, nie ruszał się, nawet nie drgną, jakby głęboko zamyślony kontemplował filozoficzne rozważania swojej natury. Nagle uderzył w łepek gwoździa. Odczekał chwilę i ponowił uderzenie, potem znowu, w końcu co rusz gibał się niczym wahadło i spuszczał swój czarny łeb by dosięgnąć czubek gwoździa.

           Zorientowałem się, że jest zależność między moją wolą umysłu, a gwoździem, bowiem mogłem nim sterować na wszystkie strony. Postanowiłem myślą zaprogramować go tak, aby odciągnął gumowy młot jak najdalej stąd, i tak też się stało, niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

           - Nieźle, młokosie! – krzyknął Rum.

           Obrzuciłem Gienka błagalnym spojrzeniem, ale ten ciągle nie reagował. Co mu się stało? Potrzebuję jego pomocy, bo w innym przypadku skończymy jako niewolnicy… nawet przez myśl nie chce mi to przejść.

           - Gienek! – krzyczę, szturchając go dłońmi, i wyczuwając obślizgłe łuski na jego rybim ciele. Osamotniony nie dam im rady, i tak szczęśliwie udało mi się odeprzeć pierwsze natarcie. – Gienek! Ocknij się, za nim te pieprzone krasnale znów zaatakują!

           Nagle jakby oprzytomniałem. Spojrzałem w kierunku krasnali i uzmysłowiłem sobie, że prawdopodobnie to za ich sprawką, Gienek wygląda niczym żywy trup. Wpadłem na pomysł, którego plan, jeżeli powiedzie się, spowoduje, że przechytrzymy te ścierwa.

           - O czcigodny Rumie – zacząłem mu się podlizywać – oddaję się w Twoje ręce. – Zabrzmiało to trochę dwuznacznie, aż w język się ugryzłem. – Jesteście zbyt potężni, abyśmy was zwyciężyli.

           - W końcu przejrzałeś na oczy! – rzucił Whisky.

           Żebyś wiedział, zboczeńcu. Podszedłem do nich na tyle blisko, by móc dosięgnąć każdego pięścią, lecz jest to drugi wariant mojego planu.

           - Wiem, że nie mam żadnych szans na wygraną. Poza tym, nie wiem jak się stąd wydostać, a wy podobno moglibyście mi pomóc.

           Rum zamyślił się, gładząc swoją długą, siwą brodę, zrobił kwaśną, podstępną minę i popatrzył na mnie z zaciekawieniem. Już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że nie lichy z niego przeciwnik, lecz każdy posiada słabe punkty.

           - Przyniosę butelkę wódki, której tak się domagacie.

           - A potem cię spijemy, i wykorzystamy, tak? – zapytał Whisky. Gdy się patrzyło na jego twarz, można było odnieść wrażenie, że chce nią przekazać otoczeniu informację o nasileniu w danym momencie swojej głupoty.

           - Tak – przytaknąłem skrupulatnie. – Ale pod jednym warunkiem. Oswobodźcie Gienka ze stanu, w jakim obecnie przebywa.

           - Ależ my sami zastanawialiśmy się, czemu ci nie pomaga – zaczął Rum. – Nie mamy pojęcia, co mu dolega.

           Uważnie przyglądałem się ich mimice twarzy, aby wyłapać choćby mikroskopijne zmarszczki, świadczące o potencjalnym kłamstwie, jakie mi zaserwowali, ale pojawiło się we mnie naiwne wrażenie, że może faktycznie nie mają z tym nic wspólnego. Ale, czy można ufać bezpruderyjnym krasnalom prykaczom? Zaryzykuję, i wprowadzę w życie drugi wariant mojego planu. Bardzo szybko chwyciłem krasnale za kołnierze, a jako, że wzrostem sięgały mi do brzucha, to ich ciężar nie stawiał oporu z uniesieniem ich nieco do góry, i nie raz, i nie dwa, z całej siły stuknąć o siebie.

           - Zdzisiek! – usłyszałem za plecami. Odwróciłem się na pięcie. To Gienek, można rzec, zmartwychwstał. – Zdzisiek! – zawołał ponownie.

           - Czego tak się drzesz! Przecież słyszę!

           - Ty nigdy się nie zmienisz! – wtrącił Gienek, dopływając do mnie, i zapytał zaraz: - Co z krasnalami?

           Bezwiednie wypuściłem je z rąk. Leżały na ziemi, która wyglądała tak jak wszystko inne; nieskończenie purpurowo.

           - Chyba… zemdlały. Lepiej powiedz, co się z tobą działo?

           - Rum rzucił na mnie urok, nie mogłem się ruszyć, ale rejestrowałem wszystko zmysłem wzroku i słuchu.

           - To ryby mają słuch?

           - Nie czas na tego typu pogawędki, Zdzisiek – zrugał mnie Gienek, podpływając do Ruma i Whisky, by zweryfikować, czy dają jakieś oznaki życia. – Niestety żyją.

           - To może by tak… - zawahałem się - dobić?

           Z grymaśną miną, Gienek rozważał moje słowa.

           - Nie, Zdzichu, nie zniżajmy się do ich poziomu.

           W głębi ducha, przyznaję mu rację.

           - Przyjdzie taki czas – ciągnął dalej Gienek – że zapłacą za wyrządzone ludziom, i nie tylko ludziom, krzywdy. Lepiej zabierajmy się z mojej jaźni.

           - Przecież pozostanie tutaj daję nam większe szanse na pokonanie krasnali.

           - Owszem, ale jeżeli istota wyśniona, która przebywa we własnej jaźni, taka jak ja, zginie w niej, to wtedy jej unicestwienie jest trwałe.

           Słowa, które właśnie usłyszałem, były jak kubeł z zimną wodą wylaną za kołnierz.

           - Czyli możesz…

           - Tak, Zdzisiek – przerwał moje przemyślenia Gienek – dokładnie tak.

           Na samą myśl o tym, zrobiło mi się skurczybyka szkoda. Ciężko przyznać, ale przyzwyczaiłem się do niego. Różnie to między nami bywa, ale nasze perypetie siłą rzeczy połączyły nas taką niewidzialną nicią przyjaźni, której nie można zobaczyć, a jedynie odczuć.

           - Zaraz, zaraz… czy to znaczy, że ja również mogę przestać istnieć?

           Gienek zaprzeczył ruchem głowy.

           - Wyłącznie istoty wyśnione przez człowieka, a sam człowiek, po zginięciu w we własnej jaźni, w tym życiu realnym, zapada w śpiączkę.

           - Uuuu… Auuu… – To Rum tak jęczał z bólu. Nie myśląc długo, dałem mu kopniaka w brzuch. Przestał jęczęć.

           - No dobra, Zdzisiek, czas stąd zmiatać – zakomenderował.

           - Dokąd?

           - Zobaczysz.

          

    Komentarze

    No Avatar
    Reila on sob., 02/08/2014 - 09:56

    No nieźle. I co dalej? :D

    No Avatar
    gronial on sob., 02/08/2014 - 10:14

    Nie mam pojęcia; masz na to jakieś lekarstwo? :)

    No Avatar
    Morley on sob., 02/08/2014 - 10:15

    Witam,

    Co odcinek to podoba mi się bardziej.
    Błędów poza "za płacą" brak.
    Dalej trzyma swój poziom.

    Pozdrawiam,
    Morley

    No Avatar
    gronial on sob., 02/08/2014 - 10:15

    Dzięki. Jeżeli ktoś zauważył, że jakiś przecinek został postawiony tam, gdzie niepowinien, to niech da znać, bo dzięki temu można uczyć się na błędach;).