Życzenia cz.7

     

           Znaleźliśmy się w jakimś wirze, jakby w epicentrum trąby powietrznej, mieniącej się rożnymi, wyblakłymi kolorami. Stojąc tak, zauważyłem, że nie mam gruntu pod nogami. Czułem, że płynę, że nie ma przede mną żadnych granic. Nagle dostrzegłem ciągle zmieniający się zniekształcony przez pęd wiru krajobraz. Raz widziałem pokryte mrokiem pustkowia, wykarczowane z jakichkolwiek roślin, by po chwili ujrzeć rozległą polanę z bardzo wysokimi i bujnie kwitnącymi, dojrzałymi już słonecznikami, by ponownie wbić wzrok w straszliwy widok, w którym panował jedynie strach i przerażenie.

          - Co my tu robimy? – zapytałem Gienka, który w typowym dla siebie, niemalże komicznym stylu, wachlował w miejscu wszystkimi płetwami.

          - Zmylamy trop, aby opóźnić pościg krasnali – wytłumaczył.

          - No dobra, rybeńko, ale mógłbyś konkretniej wyjaśnić, gdzie się w tej chwili znajdujemy, i w jaki sposób chcesz zmylić trop?

          - Za te „rybeńko, to ty możesz dostać ode mnie jedynie z płetwy!

          Uwielbiam go. Czasem złości się jak ludzkie dziecko, co odpowiada mojemu lekko cynicznemu podejściu do życia, dzięki czemu nasze przeciwności oraz odmienne charaktery tworzą chyba niezły duet.

          - No już, kotuś, nie denerwuj się – uspokajałem go, próbując załagodzić wydźwięk wcześniejszego naigrywania się z niego, ale nie byłbym sobą, gdybym nie wplótł w wypowiedź drobnej uszczypliwości.

          - Ech, Zdzisiek, z tobą baby będą miały ciężkie życie – powiedział nienaturalnie kręcąc rybią głową.

          - A skąd wiesz, czy nie jestem gejem, co?

          Gienkowi o mało oczy nie wyszły z orbit. Zamurowało go. Odpłynął ode mnie kawałek.

          - Uważaj, bo cię jeszcze wir wciągnie! – rzuciłem śmiejąc się. – Żartowałem z tą odmiennością, paskudo!

          - Ty sobie tak lepiej nie żartuj, bo uwierzę! Kiedyś przebywałem w jaźni pewnej dziewczynki, śniącej o Polskim Bałtyku. Pływałem w nim i czułem się jak ryba w wodzie! Ach, cóż to był za sen! Ale towarzyszył mi wtedy pewien szczupak, co to zalecał się do mnie, najzwyczajniej zignorowałem go, łamiąc mu tym samym serce, to wiesz co zrobił? Popełnił samobójstwo wyskakując na brzeg plaży pełnej ludzi. Udusił się biedaczysko.

          - Masz się z tymi amantami: jak nie rybak, to szczupak.

          - A przez chwilę myślałem, że ty też, ten tego, no wiesz.

          - Spokojnie. Nie jesteś w moim typie.

          Gienek odetchnął z ulgą, po czym oboje roześmialiśmy się.

          - Posłuchaj – przybrałem nieco poważniejszy ton – ale odpowiedz mi na zadane wcześniej pytania.

          Gienek chrząknął, jakby zbierał siły na dłuższą wypowiedź.

           - Wir, w którym się znajdujemy, jest jak gdyby portalem. Zapewne zastanawiasz się do czego?

           Odgadł moje pytanie.

           - Do ludzkich snów – kontynuował. – Cały czas zmieniający się obraz za wirem jest czyjąś wyśnioną tragedią, bądź też marzeniem. Jedni śnią na przykład o: erotycznym doznaniu, nowym mieszkaniu lub samochodzie, miejscach pokrytych zielenią od drzew i łąk, a jeszcze inni miewają koszmary, stąd te pochmurne i mroczne pustkowia. A najlepsze w tym jest to, że możemy znaleźć się w jakiejkolwiek z tych krain.

           Coraz bardziej zdumiewa mnie oniryczność tego świata. Do tej pory o tych wszystkich niestworzonych, surrealistycznych rzeczach czytałem w książkach albo widziałem je w filmie, ale nigdy nie przypuszczałem, że doznam takich przeżyć na własnej skórze.

           - Niewiarygodne, jakby ktoś użyczał nam swoich marzeń – skonstatowałem wywód Gienka.

           - Powiedzmy, że można tak to ująć. Do którego zatem snu wskakujemy?

           Wbrew pozorom trudne pytanie zadał. Mogę pojawić się w jaźni danego człowieka i ujrzeć o czym śni, czego pragnie, czy jest szczęśliwy, mieć wgląd w jego myśli, wspomnienia, dotychczasowe życie usłane pasmem sukcesów lub porażek! I nagle pomyślałem o mojej rodzinie, że mógłbym ową zdolność wykorzystać i zagłębić się w najskrytsze zakamarki ich umysłów, ale też o tym, że niewiedza to stan błogosławiony.  

          Czekałem na dalsze informację ze strony Gienka, ale ten milczał.

           - Specjalnie stosujesz wymowną pauzę, aby zrobić nastrój? – zapytałem.

           - Ano! – wydobył z siebie krótkie słowo, zachwycając się przy tym, jakby dostał prezent pod choinkę.

           - I ty mi dajesz do zrozumienia, że ja będę miał trudności w relacjach z kobietami? A co dopiero mówić o tobie z tymi twoimi… jak im tam? Rybnymi samicami??

           Gienek spoważniał. Najwyraźniej zbyt dosadnie odebrał obiekcje dotyczące jego potencjalnych randek.

           - Możemy przejść na drugą stronę wiru w momencie – zaczął mówić zdecydowanie - kiedy zobaczymy pokryte zielenią łąki.

           - Brzmi bezpiecznie – rzekłem.

           - Ale najpierw musimy wprowadzić w błąd krasnale, aby nie mogły zorientować się, w jakiej obecnie jaźni przebywamy.

           - Jak to zrobimy?

           - Przypatrz się tym wszystkim snom, które dostrzegasz za wirem i wyobraź sobie, że w każdym z nich znajdujesz się w tym samym momencie. Dzięki temu zostawisz krasnalom błędny ślad myślowy, przez który nie będą wiedzieć, gdzie jesteśmy. Proste, prawda?

           - Nie rozumiem tego? – powiedziałem, jednocześnie zadając jakby pytanie retoryczne.

           Gienek wydał z siebie mlaśnięcie, mające chyba sugerować, że jest znużony ciągłymi pytaniami z mojej strony.

           - Wiem – zacząłem spokojnie – że mierzwi cię moja niewiedza dotycząca pewnych spraw, ale dla mnie, w moim położeniu, wiele specyficznych praw, jakimi rządzą się jaźnie, czy sny, nie są takimi oczywistościami, jak dla ciebie! – w końcowej fazie wypowiedzi podniosłem głos o oktawę. – Więc wybacz, kurwa jego mać, że zadaję jakiekolwiek pytania!! – tym razem nie wytrzymałem i z dozą niemal szaleńczej frustracji wyraziłem się jeszcze głośniej. Niemożność poukładania myśli w głowie, spowodowała, że dopadło mnie zrezygnowanie, co w konsekwencji doprowadziło do chwilowego załamania nerwowego.

           Gienek podpłynął do mnie i poklepał płetwą po ramieniu coś na wzór ludzkiego dotyku dłonią po plecach, okazywanego w chwili, gdy przeżywamy jakąś osobistą tragedię.

           - Będzie dobrze, Zdzisiek, zobaczysz.

           Spojrzałem mu prosto w oczy i powiedziałem:

           - W takim razie wydostań mnie stąd. Mam jeszcze dwa życzenia, więc rozkazuje ci, niech się przebudzę z tego marazmu!

           - Zdzisiek, chciałbym, ale ja nie potrafię – powiedział wolno, miarowo, po czym posmutniał. – Mogę spełnić każdą zachciankę, ale tego akurat… po prostu nie potrafię. Nie jestem na takim poziomie jak krasnale. One, jakby mają większą moc, to znaczy zdolności. Popatrz – zmienił nagle temat - pojawił się piękny sen.

           W rzeczy samej, krajobraz za wirem był zniekształcony, kontury drzew, kwiatów, chmur i przedziwnych pnączy, były bardzo osobliwe, egzotyczne, ale piękne, przywodzące na myśl wymiętoloną plastelinę. Problem jednak w tym, że nie mogłem się skupić, myślałem o sposobach przebudzenia się ze snu, sposobach, które znały bezpruderyjne krasnale prykacze.

     

    Cdn.