Każdy ma swojego anioła stróża...

    „Najohydniejszym złem, jest to, co nosimy w sobie jako nieskoń

    „Najohydniejszym złem, jest to, co
    nosimy w sobie jako nieskończone piękno...”

    Paweł siedział jak zwykle wieczorem
    nad swoim starym stukartkowym zeszytem i w zamyśleniu obgryzał
    skuwkę długopisu. Myśli plątały się, wędrowały gdzieś
    daleko. Co chwila przez umysł młodego mężczyzny przebijały się
    te same co każdego wieczora urywane wspomnienia, mgliste obrazy. Tak
    dawno już go nie widział, tak dawno...Nie pamiętał już jego
    twarzy, ale pamiętał to, co wyłapał wtedy swym dziecięcym
    umysłem. Był piękny...Ach, jaki piękny. Pamiętał też doskonale
    jego miecz, niedawno na zamówienie dał sobie wykuć podobny.
    Wisiał teraz u niego na ścianie i co rano przywodził na myśl
    jego, tak pięknego, tak jasnego i świetlistego. Wiedział , że on
    troszczy się o niego, wiedział że czuwa nad nim wciąż i że znów
    pewnego dnia przyjdzie, pojawi się w kręgu światła i znów
    będą razem, jak kiedyś.

    Wziął do ręki długopis i
    pośpiesznie zaczął stawiać swe koślawe litery na przedostatniej
    stronie zeszytu.

    "Bawiłem się wtedy moją zieloną ciężarówką od wujka
    Staszka. Jeździłem w tę i we w tę, bezmyślnie , jak to dziecko.
    Mama znów wyszła z przyjaciółkami. Byłem sam, jak
    zawsze sam. Ech...mama ciągle wychodziła. Ale rzeczywiście, co ja
    mogłem dla niej znaczyć. Co mogę znaczyć dla kogokolwiek, no może
    prócz mojej Emilki...no i jego. Ale chyba odbiegłem od
    tematu. Ech ten chaos w mojej głowie. Kontynuując...Nagle przez
    okno wpadł jakby promień światła, ale jakiś jaśniejszy niż te
    słoneczne promienie co rano. No i było już dawno po południu.
    Wyjrzałem za okno odrywając się od zabawy. Stare zmurszałe
    podwórze, pijaczki na ławce przed blokiem, jednym słowem nic
    ciekawego. Bo na moim osiedlu to mieszkali prawie sami
    alkoholicy...Ale znów ten mój chaos, przecież nie o
    tym mowa. Kontynuując...Wróciłem do mojej zielonej
    ciężarówki. Wtem otoczył mnie krąg światła, takiego
    nienaturalnego, kaleczącego zmysły...Zmrużyłem oczy. Poczułem
    obok siebie czyjąś obecność i taką nienaturalną błogość,
    spokój... Po chwili światło nieco zbladło i mogłem już
    unieść wzrok. To był on...znowu on... Tym razem zdawał mi się
    jeszcze piękniejszy. Dotknął mego ramienia a ja poczułem że
    odpływam w dal, w inny, niezbadany świat. Rozejrzałem się po
    pokoju, i wszystko było takie inne, takie nowe, jakbym dopiero się
    narodził i po raz pierwszy ujrzał świat poza łonem matki... Tylko
    czemu jako pierwsze zobaczyłem te wstrętne, żółte
    ściany... Taki urok PRLowskich mieszkań...Ale nie o tym mowa,
    ech...ten mój chaos... Kontynuując... On odezwał się głosem
    którego nigdy nie zapomnę, takim spokojnym i czułym... „Nie
    jesteś sam, zawsze jestem przy tobie nawet gdy mnie nie widzisz...”

    W oczach Pawła zalśniły łzy. Tak za
    nim tęsknił... Ale wierzył , wciąż wierzył, że mimo , że nie
    pojawiał się już od tylu lat, któregoś dnia znów
    przyjdzie do niego. Oczy powoli zachodziły mgłą, zaczęły zamykać
    się, Paweł poczuł się senny. Na wpół przytomny przewrócił
    kartkę zeszytu. Dobazgrał coś jeszcze niestarannie po czym oczy
    same mu się zamknęły.

    * * *

    Paweł wbiegł do mieszkania jak
    oszalały. Wyglądał jak siódme nieszczęście. Jego zimny
    pot zlewał się ze strugami deszczu spływającymi po twarzy i
    ubraniu. Przemoczony był do suchej nitki. Twarz miał nienaturalnie
    bladą, wyglądał jakby rażony piorunem. Oczy zaszłe mgłą
    szkliły się nienaturalnie. Nieprzytomnie przeszedł kilka kroków
    obijając się o ściany jak pijany. Zdjął płaszcz i rzucił w kąt
    korytarza. Po omacku doszedł do wejścia do sypialni, wszedł i
    drzwi trzasnęły za nim z głuchym hukiem. Usiadł na łóżku
    nie zdejmując nawet mokrego ubrania. Usiadł to za dużo
    powiedziane, raczej klapnął ciężko. Spojrzał przez okno.

    O szybę biły wielkie krople
    siarczystej ulewy. W tym momencie z oczu Pawła także popłynęła
    ulewa...kaskady łez. Rozpłakał się jak dziecko. Dłoń przez cały
    czas zaciskał w pięść. Zaciskał tak mocno, że knykcie
    pobielały. Oparł się o ścianę a uścisk rozluźnił się.
    Upuścił coś na wyblakłe linoleum. Brzęknęło. Na podłodze
    leżał złoty pierścionek z ametystem. „Emilka...” ta jedna
    myśl kołatała mu się po głowie i nie dawała spokoju. „Przecież
    mieliśmy zawsze już być razem...zawsze...” Oczy przysłoniły mu
    łzy...

    Nagle przez okno wpadł jasny promień.
    Jaśniejszy niż promienie słońca, a było już daleko po południu.
    Paweł nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, był
    półprzytomny z rozpaczy. Otoczył go krąg światła,
    nieprzeniknionego światła. Blask kaleczył jego i tak podrażnione
    i zmęczone od łez oczy. Jednak uśmiechnął się delikatnie, jakby
    mimowolnie. „Wrócił...to on...znowu on...” Gdy światło
    odrobinę zbladło Paweł podniósł czerwone, półprzytomne
    oczy. Tak, miał rację, stał przed nim on. Znów jeszcze
    piękniejszy – jaśniejący , świetlisty anioł o białych,
    rozłożystych skrzydłach, długich złotych włosach opadających
    na plecy i ramiona, odziany w białą tunikę do kolan z dwuręcznym
    mieczem w dłoniach. Pawła ogarnął spokój i jakaś dziwna
    błogość, myśli kotłujące się w głowie odpłynęły jakby na
    dalszy plan, teraz liczyło się, że on tu jest. Anioł wpatrywał
    się w młodzieńca ze współczuciem i zrozumieniem. Milczał.
    Po chwili pochylił się i podniósł pierścionek. Przez
    chwilę wpatrywał się w niego w zamyśleniu. Tym samym co niegdyś
    ciepłym , czułym głosem odezwał się.

    -Czy mogę go zatrzymać?

    Paweł skinął głową. Nie był w
    stanie wypowiedzieć słowa czy to z rozpaczy czy...z zachwytu.

    Anioł założył pierścionek na
    palec. W tym samym momencie Paweł spojrzał mu w oczy. Były piękne,
    jasnobłękitne i takie głębokie. Ale co to? W miarę jak błyskotka
    sunęła po palcu jego przyjaciela, oczy zaczęły mu się zmieniać,
    stawały się coraz zimniejsze, puste, żółte, pomarańczowe,
    wreszcie czerwone niczym krew i ...jakby przesiąknięte złem,
    demoniczne... Coś chlasnęło Pawła siarczyście w twarz, jakby
    jakaś niewidzialna dłoń, jego głowa odskoczyła w bok. Przymknął
    bezwiednie oczy. Nie widział nic, przed oczami miał pustkę,
    nieprzeniknioną pustkę, słyszał tylko bardzo wyraźnie, coraz
    głośniej i głośniej krople dżdżu uderzające o szybę. Słyszał
    to nienaturalnie głośno, z hałasu przeradzał się ów
    dźwięk w huk, z huku w jednostajne grzmoty. Chłopak otworzył
    gwałtownie oczy. Ściany jego pokoju były żółte, tak jak
    wtedy w dzieciństwie. Zastanawiał się czy przeniósł się w
    czasie i przestrzeni do tego starego, sypiącego się bloku w stylu
    wczesnego Gierka, do mieszkania mamy. Z tą myślą obserwował jak
    ściany zmieniają kolor z żółtego na pomarańczowy.
    Poruszył głową, rozejrzał się. Nie, to nadal była jego własna
    sypialnia, tylko przysłonięta pomarańczową mgłą. Patrzał teraz
    na świat jak przez pomarańczowe okulary. Anioła jednak przed nim
    nie było. Teraz jednak usłyszał słowa, znane mu słowa,
    wypowiadane zimnym, przejmującym głosem.

    - Towarzyszysz mi od kołyski,
    zawsze jesteś przy mnie, oplatasz swymi białymi skrzydłami,
    chronisz przed złem...

    Obrócił się. Za nim stał jego
    anioł. Wyglądał teraz inaczej, jego skrzydła były czarne i
    błoniaste, dłonie zakończone pazurami, włosy czarne jak smoła,
    czerwone oczy wionęły pustką i złem. U pasa miał srebrny sztylet
    wysadzany czerwonymi , płonącymi jakby kamieniami, a na sobie
    czarną, długą szatę. W rękach trzymał zeszyt Pawła otwarty na
    ostatniej stronie. Czytał na głos.

    -Ty jeden jesteś, gdy inni
    opuścili, piękny, świetlisty aniele mój...

    Głos brzmiał w
    jego uszach, mroził krew w żyłach, tak zimny i tak przenikliwy, a
    świat zmieniał płynnie kolor z pomarańczu na czerwień, wpierw
    bladą, potem przybierać począł barwę świeżej krwi.

    - Przyjacielu mój...stróżu...który
    zawsze jesteś obok....piękny aniele...

    Głos z każdą
    chwilą stawał się bardziej pusty, straszliwy, a świat w jego
    oczach widziany jakby poprzez morze krwi.

    - Już na zawsze bądź ze mną,
    nigdy nie opuszczaj, mój aniele stróżu...

    Zeszyt zamknął się z głuchym
    łomotem.

    - Nie bój się, nie opuszczę
    cię już nigdy, zawsze będziemy razem, tak jak tego pragnąłeś-
    „anioł” spojrzał na pierścień na swym palcu-
    Hmmm... zaręczynowy. Teraz jesteś zaręczony ze mną.
    A ja chętnie złożę na twych ustach pocałunek...

    Paweł nie mógł poruszyć się.
    Jego twarz zastygła w niemym przerażeniu. Otworzył usta, chciał
    coś powiedzieć, lecz nie zdołał, słowa uwięzły mu w gardle. A
    w głowie myśl „Gdzie jesteś ...mój przyjacielu...mój
    stróżu...?” kołatała się jak szalona.

    Anioł zaśmiał się opętańczo,
    szaleńczo, na wpół szyderczo na wpół demonicznie.
    Sięgnął po sztylet wiszący u jego pasa.

    - Co się stało mój drogi?
    Przecież tyle lat na mnie czekałeś, tak tęskniłeś. Oto jestem,
    ja twój przyjaciel, twój stróż. Już cię nie
    opuszczę, twoje marzenie się spełnia.

    Spojrzał
    mężczyźnie głęboko w oczy. Jego diabelski, płonący wzrok
    hipnotyzował, omamiał, zniewalał. Podał Pawłowi sztylet. Ten zaś
    wziął go do rąk, mimo iż nie chciał, nie był w stanie oprzeć
    się.

    -A teraz podetnij
    sobie żyły, a wtedy zawsze będziesz już przy mnie, w moim domu.

    Jego przeszywający
    na wylot wzrok hipnotyzował, słowa mamiły jak opium. Paweł
    bezwiednie podwinął rękawy koszuli.

    -No dalej, zabij
    się, zabij swoje marne ciało, by twoja dusza spoczęła na zawsze w
    mych objęciach.

    Paweł pociągnął
    ostrzem sztyletu po nadgarstku. Krew siknęła mu prosto w twarz.
    Zbladł. Nie wiedział kiedy osunął się na ziemię opuszczając
    powieki.

    * * *

    Otworzył oczy powoli, widział
    wszystko jak za mgłą i kręciło mu się w głowie. Leżał na
    łóżku otoczony szpitalną bielą ścian. W drzwiach
    dostrzegł mężczyznę w białym kitlu rozmawiającego z ...Emilką.
    Szeptali. Dosłyszał tylko „schizofrenia paranoidalna”. Opuścił
    powieki i znów zapadł w głęboki sen.

    „Nie wszystko na świecie jest takie,
    jakim widzą go nasze oczy”

    • Opowiadanie stworzone na potrzeby
      konkursu „ Pojedynek na teksty I : Mrok” na www.ssp.int.pl/forum
      (nieistniejący już portal) wg. wskazówek i wymagań konkursu.

    „Najohydniejszym złem, jest to, co nosimy w sobie jako nieskoń

    Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz