Meaweteacha sefer II - Padół Łez, Epizod II "Bez przeszłości, bez przyszłości"

    Zaczynało
    powoli świtać. Morze cichło. Dawno już nie widziano w tych
    okolicech takiego sztormu. Szalony żywioł topił wszystko, co
    tylko ośmieliło się przebywać tej nocy na wodzie. Niszczycielska
    siła oceanu... Z nastaniem poranka wicher cichł, a woda stawała
    się znów spokojna i przejrzysta, nieokiełznane fale jeszcze
    przed chwilą bijące szaleńczo o brzeg, rozbryzgujące się z
    impetem o przybrzeżne kamienie teraz uspokajały się, opadały.
    Gniew Njördhra poskromiony, czuwa nad nami Lord Odin i Thor.

    Ostatnie
    silniejsze, większe fale wyrzuciły na brzeg kilka potarganych
    szmat. Nie...to bezwładne ludzkie ciała, ofiary gniewu Njördhra.
    Wynurzające się zza fundamentów ziemii słońce rzuciło swe
    pierwsze, jasne promienie na twarz jednego z rozbików. Było
    to oblicze młodego mężczyzny, oblicze bardzo piękne, o
    szlachetnych rysach, okolone aureolą przemoczonych białych niczym
    śnieg włosów, sięgających poniżej pasa. Człowiek ten był
    wysoki i postawny, z sylwetki typowy wiking- silny i twardy niczym
    skała, na idealnie wyrzeźbionych mięśniach powiewały strzępy
    mokrej, porwanej koszuli. Nie miał przy sobie broni, u pasa wisiał
    jedynie na ostatniej nici rzemienia nieskazitelnie oszlifowany,
    zdobiony finezyjnie róg. Wartość tego przedmiotu i tylko ona
    wskazywała na to, iż mężczyzna ów musiał być wysoki
    stanem i majątkiem. Leżał bezwładnie, nieruchomo, nie dając
    najdrobniejszych oznak życia.

    *
    * *

    - Teraz nad morze iść niebezpiecznie, pani. - sługa
    nie dawał za wygraną- pan byłby wściekły, wiedząc, że cię
    puściłem.

    - Jeśli mnie nie puścisz, ja będę wściekła.
    Czyjego gniewu boisz się bardziej, mojego czy Gothilda? - kobieta
    zmroziła go wzrokiem jednocześnie spokojnym i złowrogim, iżby
    spojrzenie mogło zabijać, biedny sługa leżałby już u jej stóp
    bez ducha.

    Ten wzrok znał cały dwór, łącznie z jego
    panem i wszyscy bez wyjątku woleliby nigdy go nie oglądać.
    Kristina Ulfdatter, oaza spokoju i harmonii, chwilami jednak zdawała
    się zimna niczym lód, a zarazem nieobliczalna i gdy
    zechciała- złowroga. Jedynie sam na sam z mężem podobno
    przybierała postać ciepłej, delikatnej mgiełki, tak przynajmniej
    mawiano. Nazywano ją Sercem Oceanu, gdyż jej natura przypominała
    wodę morską w odróżnieniu do jej siostry Brunhild, która
    z kolei była niczym ogień. Odkąd Brunhild poślubiła ciotecznego
    brata wodza Gothilda było o czym we dworze plotkować, oj było. Już
    jedna Kristina wystarczała w zupełności by nasycić wścibską
    słóżbę, a co dopiero pospołu z jeszcze bardziej
    nieokiełznaną siostrą. Jedno było dobre w nich obu, w stosunku do
    swych mężów były niewiarygodnie czułe i kochające, bez
    wahania wskoczyły by w ogień za nimi.

    Kristina narzuciła na ramiona płaszcz i skierowała
    się do drzwi.

    - Pani, pozwól chociaż posłać z wami kilku
    mężczyzn, nie będą wam przeszkadzać, lecz dobrze byłoby, gdyby
    byli w pobliżu, by czuwać, aby żadna krzywda wam się nie stała.

    Z dezaprobatą pokiwała głową, jednak po chwili
    machnęła z rezygnacją dłonią.

    - Niech będzie. Byleby nie podchodzili nie wzywani.

    *
    * *

    Mężczyzna
    powoli otworzył oczy. Leżał przez chwilę bez ruchu wpatrując się
    w zamglony krajobraz. W miarę jak wracała mu świadomość, w jego
    błękitnych oczach malował się coraz większy strach. Wytężał
    skołowany umysł, za wszelką cenę próbował przypomnieć
    sobie kim jest, skąd się tu wziął... cokolwiek. Daremnie. Nie
    pamiętał, nic nie pamiętał. Gdyby nie przeszywający ból w
    płucach i głowie nie byłby nawet pewny czy wogóle istnieje.
    Próbował nieustannie znaleźć jakiekolwiek wspomnienie w
    czeluściach swej pamięci jednocześnie usiłując złapać
    powietrze. Potworny ból utrudniał mu oddychanie, a w głowie
    huczało mu niemiłosiernie. Pokonując bezwład jaki ogarniał całe
    jego ciało powoli podniósł się i rozejrzał. Wokół
    leżało kilka jeszcze ludzkich ciał. Chwiejnym krokiem podszedł do
    jednego z nich, uklęknął obok niego. Nie miał wątpliwości,
    mężczyzna ten był martwy. Po kolei sprawdzał każde z ciał
    starając się pokonać fizyczną niemoc. Spoglądał na twarze,
    których nie poznawał, nie miał pojęcia kim są ci ludzie,
    lecz jednego był pewien, żaden z nich już nie żył. Nagle poczuł
    w piersiach nagłą falę okrutnego bólu, zachwiał się. Nie
    był w stanie złapać tchu. Osunął się na kolana i gwałtownie
    zwymiotował. Udało mu się jeszcze doczołgać kawałek wzdłuż
    morskiego brzegu, lecz czuł, że zaczyna brakować mu powietrza, a
    coraz silniejszy ból odbierał świadomość. Upadł twarzą
    do ziemii nieprzytomny.

    *
    * *

    Orzeźwiający
    wiatr od morza pieścił jej twarz, delikatna, ciepła bryza
    iskrzącymi się w promieniach słonecznych kropelkami opryskiwała
    bose stopy. Przystanęła na chwilę, spojrzała w dal, na horyzont,
    rozpuściła włosy, które rozsypały się po ramionach i
    plecach szaloną, czarną jak węgiel burzą. Długo stała tak
    wpatrując się w morskie odmęty, jakby tam szukając odpowiedzi na
    dręczące ją pytania. Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia, ten
    dotyk poznałaby zawsze. Obróciła się. Brunhild spojrzała
    siostrze głęboko w oczy. Tak, ją także nękały te same pytania
    na które nie była w stanie sobie odpowiedzieć.

    - Nie mam pojęcia, co ma się dzisiaj stać
    siostrzyczko, ale wiem, że to odmieni nas wszystkich...- powiedziała
    w zamyśleniu.

    - Miłość...nienawiść...gniew...i strach...oto co
    widzę. Chwile piękne, niezapomniane i te, o których
    chciałoby się nie pamiętać. Śmiech i łzy... - powtarzała
    jakby w transie Kristina.

    Młodsza siostra objęła ją i delikatnie przytuliła.

    - Historia lubi się powtarzać – wyszeptała.

    - Pani! - w ich stronę biegł jeden z mężczyzn,
    których troskliwy sługa posłał z Kristiną.

    Siostry obejrzały się na niego.

    - Tam, na brzegu... - stanął przed swą panią
    zdyszany – morze wyrzuciło sześciu ludzi. Jeden z nich jeszcze
    żyje.

    - Sztorm pozostawił pamiątkę – skwitowała dosyć
    skwapliwie Brunhild.

    - Weźcie więc tego człowieka, zanieście do dworu i
    każcie troskliwie się nim zająć. - zakomenderowała żona wodza.

    - Tak jest, pani – mężczyzna skłonił się i
    pobiegł spowrotem do swych towarzyszy.

    Kristina skinęła na siostrę.

    - Chodz siostrzyczko, chyba znowu przyszło nam ocalić
    kolejne ludzkie życie.

    Obie roześmiały się serdecznie. Nie raz były już w
    podobnej sytuacji. Często zdarzało się, że wzywano je do rannych,
    chorych, rodzących kobiet. W swej osadzie znane były od dawna jako
    utalentowane wiedźmy, choć one same nie lubiły być tak nazywane.
    Nigdy nie uczyły się sztuk tajemnych, znały je tak po prostu, same
    z siebie, twierdziły, że to u nich zupełnie naturalne, ich
    integralna część.

    Złapały
    się za ręce i pobiegły przed siebie, w stronę dworu. Przez chwilę
    znów poczuły się jak dawniej, gdy były jeszcze małymi
    dziewczynkami i miały tylko siebie nawzajem.

    *
    * *

    Brunhild
    cicho otworzyła drzwi i weszła do jednej z gościnnych sypialni. Za
    nią wślizgnęła się niczym cień starsza z sióstr.
    Podeszły do śpiącego mężczyzny. Usiadły po obu skrajach
    szerokiego łóżka. Długo lustrowały wzrokiem nieszczęsnego
    rozbitka, po czym spojrzały na siebie.

    - Jest taki...- zaczęła Kristina, lecz urwała
    stwierdziwszy, że nie wypada. Zamrugała oczyma.

    - Piękny? - pociągnęła ją za język bardziej
    bezpośrednia Brunhild.

    Starsza spłonęła rumieńcem.

    - Owszem jest. - nie dawała za wygraną młodsza, która
    najwidoczniej nie widziała nic niewłaściwego w takim wyrażaniu
    się o nieznajomym mężczyźnie.

    Kristina pochyliła się nad mężczyzną, położyła
    dłoń na jego głowie, potem piersi. Przez chwilę siedziała w
    skupieniu wsłuchując się w jego słaby oddech i skupiając myśli.

    - Miał wiele szczęścia. Na dobrą sprawę dawno
    powinien już nie żyć. Wypadając za burtę musiał bardzo silnie
    uderzyć w coś głową, do wody wpadł najprawdopodobniej
    nieprzytomny i nałykał się ogromnej ilości wody, ma jej jeszcze
    pełno w płucach. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia w jaki
    sposób nadal żyje.

    Brunhild uśmiechnęła się tylko dziwnie, co jednak
    nie umknęło uwadze siostry.

    - Hmmm?

    - A nie, nic.

    - Mów- Kristina spojrzała siostrze w oczy tym
    swoim mrożącym krew w żyłach wzrokiem, choć dobrze wiedziała,
    że Brunhild jest jedyną osobą, na którą kompletnie to nie
    działa.

    - A w jaki sposób twój Gothild jeszcze
    żyje po zeszłorocznej eskapadzie, albo jak mój Helrig
    przeżył swój sławetny upadek z okna? A ja? Już w
    dzieciństwie powinnam sobie krzywdę zrobić i to nie raz.

    - My to co innego, sama wiesz, jacy my jesteśmy.

    - A skąd wiesz, czy on...

    Kristina wstała gwałtownie i wyszła szybkim krokiem,
    trzaskając za sobą drzwiami.

    - Kristina! U licha, przecież wiesz, że ja nie
    umiem...- machnęła ręką. Domyślała się, co było powodem
    reakcji siostry.

    * * *

    Kristina
    wbiegła do swej sypialni zamykając drzwi na klucz. Rzuciła się na
    łóżko i schowała twarz w miękką poduszkę. Nie miała
    pojęcia dlaczego słowa siostry tak ją przeraziły. Czuła, że
    zaczyna drżeć na całym ciele. Próbowała zrozumieć co się
    z nią dzieje, wyjaśnić uczucie nagłego niepokoju jakie ją
    ogrnęło. Zmęczona własnymi myślami, pytaniami bez odpowiedzi
    usnęła.

    *
    * *

    Brunhild
    wpatrywała się długo jeszcze w twarz mężczyzny, która
    wydawała jej się dziwnie znajoma. Doskonale wiedziała, że nie
    mogła widzieć go nigdy wcześniej, zapamiętałaby. Nie mogła
    jednak oprzeć się wrażeniu, że w jakiś nieznany sposób
    jest jej bliski, że łączy ją z nim pewien rodzaj więzi. Cała
    ich czwórka, ona, Kristina, Gothild i Helrig, wszystkich ich
    od zawsze coś łączyło, chodz dwóch ostatnich miało
    nieprzyzwoitą tendencję do rywalizowania ze sobą. Ten
    mężczyzna...on z jakiś nieokreślonych powodów pasował do
    nich, nie potrafiła patrzeć na niego jak na obcego, miała wrażenie
    jakby był tu od dawna. Zamrugała kilkakrotnie odpędzając
    uporczywe myśli.

    *
    * *

    Gothild
    zeskoczył z konia. Zdjął hełm, lśniące jasne włosy rozsypały
    się wokół jego młodej, urodziwej twarzy.

    - W końcu w domu- wyszeptał sam do siebie z
    zadowoleniem i uśmiechnął się spoglądając w okno sypialni. Nie
    dostrzegł płomienia świecy na parapecie, to znaczyło, że
    Kristina już spała. Westchnął. Miał nadzieję, że żona jak
    zwykle wybiegnie go powitać, lecz cóż...słońce chyliło
    się już ku zachodowi, może miała ciężki dzień, ma prawo też
    czasami być zmęczona.

    Oddał staremu stajennemu wodze i ruszył w stronę
    dworu. Odgłos jego kroków na schodach nie uszedł uwadze
    szwagierki. Brunhild pochyliła się nad znalezionym na plaży
    mężczyzną i wyszeptała mu coś do ucha, po czym nakryła
    troskliwie skórami i wyszła na korytarz. Stanęła u szczytu
    schodów opierając się o drewnianą balustradę.

    - Witaj drogi szwagrze – oznajmiła z właściwym
    tylko jej diabelskim uśmiechem, gdy tylko czubek głowy Gothilda
    wyłonił się zza zakrętu.

    Ten zaś uśmiechnął się szeroko. Nie wiedział za
    co, ale ją lubił, nawet jej ironię, sarkazm i całą tę jej
    wredną naturę.

    - O! Moja najsłodsza, najmilsza szwagierka! -
    wykrzyknął podchodząc do niej.

    - Taaaak...z pewnością najsłodsza i najmilsza, innej
    przecież nie posiadasz.

    Oboje roześmiali się. Gdy chciał uściskać ją na
    powitanie, jak zwykle odsunęła się z udawanym oburzeniem na
    twarzy.

    - Rączki przy sobie mości panie. Myślisz, że jak
    jesteś wodzem, wszystko ci wolno? - posłała mu kolejny swój
    diaboliczny uśmiech. Jakże on to uwielbiał. Pokiwał tylko głową
    z rezygnacją uśmiechając się półgębkiem pod nosem i
    poszedł dalej korytarzem w stronę swej sypialni. Nie zdąrzył
    jeszcze dobrze złapać za klamkę, gdy usłyszał za sobą cichy,
    radosny głos.

    - Zamknięte.

    Odwrócił głowę i spojrzał na szwagierkę
    unosząc lekko brew.

    - Słucham?

    - Mówię przecież po norwesku. Zam-knię-te.-
    usmiechnęła się słodko. Zbyt słodko.

    Wybałuszył na nią oczy.

    - Chcesz powiedzieć, że moja żona zamknęła się
    przede mną? - zapytał na poły z niedowierzaniem, na poły z
    irytacją.

    - Nie. - zupełnie naturalnie, jakby nigdy nic odparła
    Brunhild – przede mną.

    Obróciła się na pięcie i tanecznym krokiem
    ruszyła w kierunku własnej sypialni.

    Gothild pokręcił głową, westchnął, wzruszył
    ramionami i zaczął szperać w sakwie w poszukiwaniu klucza do
    sypialni. Jedno nie podlegało wątpliwości, jeśli Brunhild
    twierdziła, że coś jest zamknięte, to z pewnością było
    zamknięte.

    - Aby zrozumieć tę kobietę trzeba być nie lada
    mędrcem – wymamrotał przekręcając klucz w zamku.

    *
    * *

    Brunhild
    zapaliła świecę. Usiadła ciężko na krześle obok okna i zaczęła
    rozczesywać leniwymi ruchami włosy.

    - Czemu ja mam niejasne wrażenie, że tu jeszcze wiele
    się wydarzy... - powiedziała sama do siebie przyciszonym głosem.

    *
    * *

    Gothild
    spojrzał na śpiącą żonę. Spała w ubraniu, z twarzą ukrytą w
    poduszce. Usiadł na skraju łóżka i pogłaskał delikatnie
    jej włosy. Westchnął. Obrócił ją na plecy i okrył kocem.
    Sam także czuł już zmęczenie ogarniające całe ciało i umysł.
    Rozebrał się, zasłonił okna i położył się obok Kristiny.
    Przytulił ją. Przez sen wtuliła głowę w jego nagi tors.
    Mężczyzna owinął się skórami i błyskawicznie usnął.

    *
    * *

    Helrig
    spojrzał na unoszący się na niebie księżyc w nowiu. Wstrzymał
    konia. We dworze wszyscy zapewne już spali, nie było sensu pojawiać
    się z samego rana po dwóch bezsennych nocach, i tak by nie
    odpoczął. Uśmiechnął się do własnych myśli. Zeskoczył z
    grzbietu zwierzęcia i uwiązał je przy pobliskim drzewie. Rozpalił
    ognisko. Wyjął z torby resztki prowiantu i począł posilać się
    przed snem. Z garncem mocnego piwa w dłoniach zbliżył się do
    ognia, by ogrzać zmarznięte kończyny.

    • Czym
      się martwisz moja kochana? - wyszeptał pytanie gdzieś w
      przestrzeń, po czym upił solidny łyk trunku.

    *
    * *

    Brunhild
    obudziły pierwsze blade promienie słońca. Ziewnęła przeciągle,
    rozprostowała ciało po czym wstała i podeszła do okna. Poczuła
    rosnący w niej nagle nipokój, coś kazało jej jak najprędzej
    wyjść z pokoju. Ubrała się więc pośpiesznie i wyszła na
    korytarz. Kroki same poniosły ją do pokoju, w którym wczoraj
    ułożono rozbitka. Weszła cicho i podeszła do łóżka.
    Mężczyzna nadal był nieprzytomny, z tym, że jego twarz była
    jeszcze bledsza, biała niczym oblicze śmierci, usta sine, oddychał
    coraz słabiej, ledwie wyczuwalnie. Brunhild przyłożyła dłoń do
    jego czoła, był niewiarygodnie zimny. Mocniej otuliła go skórami
    i wybiegła z pokoju.

    Na
    korytarzu niemal wpadła na wtulonych w siebie siostrę i szwagra.

    • Kristina,
      szybko!

    Oboje obejrzeli się na nią zdumieni.

    • Twoja
      szalona siostra kiedyś mnie wykończy – westchął Gothild.

    Kristina spojrzała na kobietę, która wyglądała
    jakgdyby rażona piorunem.

    • Co
      się stało kochana? - zapytała ciepło.

    • Ten
      człowiek...

    • Jaki
      znowu człowiek na Odyna?! - Gothild miał już serdecznie dosyć
      zwariowanych poranków ze swą szwagierką w roli głównej.

    • Później
      ci wytłumaczę – zbyła go Brunhild – Kristina musisz mu pomóc.

    • Ale
      ja... - starsza z sióstr nie miała większej ochoty na
      spotkanie z tamtym mężczyzną.

    • Siostrzyczko,
      proszę – spojrzała na nią błagalnym wzrokiem, któremu
      siostra nie mogła się oprzeć nigdy i pociągnęła ją za rękaw.

    Razem pobiegły do jednej z gościnnych sypialni.
    Gothild nader skwapliwie powlukł się za nimi.

    Brunhild
    w jednej chwili dopadła łóżka, ukucnęła przy nim i
    spojrzała na mężczyznę. Teraz jego oddech był jeszcze słabszy,
    bardziej płytki, a twarz zaczynała przybierać siną barwę.
    Kristina przycupnęła na skraju łóżka. Dłonią dotknęła
    jego zimnego jak lód czoła, pokręciłą głową.

    • Będzie
      ciężko.

    Napotkawszy błagalny wzrok siostry westchnęła ciężko
    i zdjęła z szyi srebrny naszyjnik kształtem przypominający
    rozwinięte w locie skrzydła ptaka. Wziełą go w obie dłonie,
    przymknęła oczy szepcząc coś bezgłośnie. W tym momencie w
    otwartych drzwiach stanął Gothild. Już miał zacząć narzekać,
    ale Brunhild obróciła się i uciszyła go miażdżącym
    spojrzeniem. Kristina położyła wisior na czole rozbitka wciąż
    poruszając ustami w niedosłyszalnym szepcie. Dotknęła jego dłoni.
    Spojrzała na siostrę uśmiechając się blado. Brunhild chwyciła
    drugą dłoń mężczyzny, czuła jak jego ciało powoli rozgrzewa
    się. Kristina tym czasem wciąż mamrocząc coś położyła obie
    dłonie na jego piersiach. Siedziała tak z zamkniętymi oczami, w
    skupieniu dłuższy czas, aż wreszcie zabrała ręce i podniosła
    swój naszyjnik, zawiesiła go spowrotem na szyi i schowała
    pod suknię. Człowiek leżący na łóżku oddychał teraz
    coraz pewniej, swobodniej, siostry obserwowały jak umięśniona
    klatka piersiowa unosi się powoli i opada. Jego twarz poczęła
    wracać do w miarę normalnych kolorów, choć wciąż był
    jeszcze bardzo blady. Brunhild uśmiechnęła się i uścisnęła
    dłoń siostry. Kristina wyglądała na zmęczoną i wyczerpaną,
    wzięła głęboki oddech.

    • No,
      udało się.

    Przed chwilą jeszcze nie miała najmniejszej ochoty
    ratować tego człowieka, teraz jednak ogarnęło ją nagłe uczucie
    litości i współczucia, nawet więcej, niepotrafiła odnaleźć
    właściwej nazwy dla ciepłego odczucia jakie w niej wywoływał.

    • To
      może teraz ktoś raczy mi łaskawie wytłumaczyć kim właściwie
      jest ten człowiek? - Gothild powoli tracił cierpliwość.

    • Później-
      odparły jednocześnie obie siostry obdarzając go zabójczym
      spojrzeniem.

    Wódz westchnął ciężko i wyszedł z pokoju.

    • Brunhild,
      idz naparzyć kory dębu – zakomenderowała Kristina – tylko w
      ilości jak dla całej floty.

    Młodsza z kobiet skinęła głową ze zrozumieniem i
    pośpiesznie opuściła pomieszczenie.

    Kristina przyglądała się mężczyźnie. Było w nim
    coś znajomego, nie umiała sobie wytłumaczyć tego niejasnego
    wrażenia. Poruszył lekko palcami prawej dłoni. Kristina
    uśmiechnęła się blado. Jego powieki zaczęły powoli unosić się.
    Wpatrywała się w niego siedząc nieruchomo. Spojrzał na nią
    zamglonymi, błękitnymi oczyma, wiedziała jednak, że tępy ból
    głowy przesłania mu wzrok.

    • Nie
      bój się – powiedziała ciepło – tu nie stanie ci się
      krzywda.

    Miała wrażenie że uśmiechnął się nieznacznie na
    krótką chwilę. Uśmiech ten, był jednak bardzo ulotny, gdyż
    po chwili zamienił się w grymas bólu. Przyłożyła
    delikatnie dłoń do jego czoła, przymknęła oczy. Poczuł
    zbawienną ulgę, jej dotyk łagodził ból, mgła przed oczami
    powoli zaczynała się rozwiewać. W miarę jak coraz ostrzej widział
    jej twarz jego oblicze stawało się coraz spokojniejsze, wzrok
    głębszy i bardziej przenikliwy, a jego źrenice zaczęły
    nieznacznie się rozszerzać. Kristina zabrała dłoń i otworzyła
    oczy. Ich spojrzenia spotkały się. Kobieta miała wrażenie jakby
    kiedyś już spoglądała w te oczy. Jego usta poruszyły się lekko.
    Wyszeptał coś bezgłośnie. Kristina potrząsnęła głową jakby
    budząc się z jakiegoś otępienia i odwróciła wzrok w
    stronę okna. Mężczyzna wpatrywał się w nią w dalszym ciągu jak
    w obraz, w jego oczach malował się zachwyt.

    Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Brunhild
    niosąc olbrzymi dzban aromatycznego naparu. Całe pomieszczenie
    napełniło się ostrym zapachem ziół. Położyła dzban na
    szafce przy łóżku, z niej zaś wyjęła gliniany kubek.
    Przystanęła i spojrzała na przytomnego już mężczyznę.
    Uśmiechnęła się ciepło i radośnie.

    • Nie
      obawiaj się, nic ci tu nie grozi, a pod opieką mojej siostry
      szybko poczujesz się lepiej, jest najlepsza w swej sztuce.

    Odwrócił głowę i spojrzał na młodszą z
    sióstr. Na jej widok uśmiechnął się promiennie, jakby
    zobaczył kogoś znajomego i bliskiego. Kobieta odwzajemniła
    uśmiech.

    • Brunhild,
      miednica. - popędziła ją starsza siostra.

    Młodsza pospiesznie wyszła.

    Kristina natomiast nalała do kubka nieco naparu,
    uniosła lekko głowę mężczyzny i przyłożyła naczynie do jego
    ust.

    • Wypij
      to- powiedziała miękko zachęcając go życzliwym uśmiechem.

    Próbował napić się pachnącego naparu, jednak
    sprawiało mu to dość poważny kłopot. Każdy oddech wymagał
    wciąż poważnego wysiłku i potęgował szarpiący płuca nieznośny
    ból.

    • Wiem,
      że boli, ale musisz to wypić, tylko tak mogę ci pomóc –
      jej głos uspokajał go, dodawał sił, z trudnością zaczął
      połykać niewielkie ilości napoju.

    W drzwiach pojawiła się Brunhild z miednicą w rękach.
    Jej oczy rozszerzyły się, gdy usłyszała jak ciepłym i serdecznym
    tonem jej siostra do niego przemawia.

    • Wiem,
      bardzo boli, ale robię to by ci pomóc, zobaczysz, pomęczysz
      się teraz, ale potem będzie już tylko lepiej. Zaufaj mi.

    Brunhild podeszła i przycupnęła na łóżku z
    drugiej strony, miednicę położyła przed mężczyzną, po czym
    pomogła siostrze go podtrzymać. Kristina spokojnie, powoli poiła
    go ziołowym naparem, wyręczona przez siostrę drugą dłoń
    położyła na piersi mężczyzny. Jej kojący dotyk złagodził ból
    do tego stopnia, że mógł pić nieco szybciej i pewniej.
    Uniósł oczy znad kubka i spojrzał na nią z wdzięcznością.

    Siostry odetchnęły z ulgą gdy pierwszy kubek się
    opróżnił. Mężczyzna poczuł nagłe mdłości i zawrót
    głowy. Pochylił się nad miednicą i zwymiotował. Kobiety
    uśmiechnęły się do siebie. Brunhild ostrożnie położyła jego
    głowę na poduszce. Przymknął oczy. Kristina odgarnęła włosy,
    które opadły mu na twarz, delikatnie pogłaskała po
    policzku. Wtulił się w jej dłoń.

    - Wszystko będzie dobrze -szepnęła uspokajająco –
    musisz jeszcze tylko trochę wytrzymać.

    Pozwoliły mu odpocząć chwilę, po czym cały
    ceremoniał zaczął się od nowa.

    *
    * *

    - Co one na Odyna wyprawiają? - Gothild stojący
    właśnie pod drzwiami zagadnął przechodzącego tamtędy sługę.

    - A skąd mnie to wiedzieć, panie, jam człek prosty,
    na czarach się nie znam- staruszek wzruszył ramionami i poszedł w
    swoją stronę.

    - No ładnie, południe przeszło, a one czary
    odprawiają bez śniadania- Gothild pokręcił głową z rezygnacją,
    wiedział, że nie ma sensu nawet tam wchodzić – Może one nie
    bywają głodne, ale czy nie przyszło żadnej do głowy, że może
    ja owszem... - narzekał kierując się schodami w dół, gdyż
    nic innego mu nie pozostało.

    Ledwie usiadł do stołu w jadalni, służba nie
    zdąrzyła jeszcze podać śniadania, kiedy jakby nigdy nic dołączyły
    do niego obie siostry.

    - Tak, ledwie poczuły woń żarła, już przy korycie –
    skomentował po chamsku.

    - Cóż za niewybredne słownictwo – Brunhild
    teatralnie załamała ręce – tak właśnie możni panowie zwykli
    mawiać do dam.

    - Brunhild, nie przesadzaj. Ileż na was można czekać?

    - A sam nie mogłeś zjeść?

    - Po to chyba mam rodzinę, bym nie musiał sam jadać.

    Kobieta pokiwała głową z udawanym zrozumieniem.
    Kristina tymczasem siedziała już obok męża i uspokajająco
    głaskała jego dłoń. Kochała tego starego zrzędę. Fakt, że
    narzekanie było, zwłaszcza ostatnimi czasy, jego ulubionym
    zajęciem, ale w gruncie rzeczy był kochany i miał mnóstwo
    zalet.

    Do stołu w tym czasie podano.

    - No więc, wytłumaczy mi ktoś w końcu z łaski swej,
    co to za człowiek, który zburzył nam normalny rytm poranka?
    - zapytał Gothild nalewając sobie kwaśnego mleka.

    - Pojęcia nie mam – odparła ze stoickim spokojem
    Brunhild.

    Wódz wybałuszył na nią oczy, spojrzał
    pytająco na żonę.

    - Na mnie nie patrz, ja też nie wiem – Kristina
    wzruszyła ramionami przełykając kęs chleba z serem.

    - To ja mam wiedzieć? - Gothild tracił cierpliwość –
    Zdaje mi się, że to wyście go tu przywlokły pod moją
    nieobecność.

    - Nie my, tylko twoi ludzie.

    - Czy od was czasem można dowiedzieć się czegoś
    sensownego?

    Kristina uśmiechnęła się do męża słodko. Miała
    pełną świadomość, że jego cierpliwość jest już na
    wyczerpaniu.

    - Kilku twoich ludzi znalazło go na plaży wczoraj
    rano, po nocnym sztormie. Morze wyrzuciło ich sześciu, ale przeżył
    tylko ten.

    - A wyście oczywiście musiały się nim zaopiekować –
    skwitował Gothild.

    Kobiety wymieniły porozumiewawcze spojrzenie.

    - Co złego to nie my – odparły jednocześnie.

    Gothildowi w tym momencie opadły już ręce. Nie dawał
    jednak za wygraną.

    - Wasze miłosierdzie nie zna granic – stwierdził
    sarkastycznie.

    - Ależ gdyby nie my, umarłby. Przecież sam mówiłeś
    wiele razy jak cenne jest każde ludzkie życie.

    Gothild westchnął głęboko i wrócił do
    spożywania śniadania. Te kobiety chwilami go przerażały.

    * * *

    Po
    zakończonym posiłku wszyscy udali się do swoich zajęć. Brunhild
    postanowiła jednak sprawdzić, jak czuje się teraz rozbitek. Weszła
    do gościnnej sypialni i stanęła przy drzwiach. Spoglądała na
    niego z daleka. Spał teraz spokojnie. Odetchnęła z ulgą. Już
    miała odwrócić się i wyjść, gdy zauważyła, że jego
    usta nieznacznie poruszają się we śnie, jakby chciał coś
    powiedzieć. Podeszła bliżej. Mężczyzna poruszył się
    niespokojnie. Jego usta znów się poruszyły.

    • Saulael...
      - wyszeptał ledwie słyszalnie.

    Oczy Brunhild rozszerzyły się. Przez chwilę stała
    jak zamurowana, próbując przypomnieć sobie gdzie słyszała
    już to słowo. Była tego pewna. Słyszała je i dobrze znała. Nie
    była jednak w stanie przypomnieć sobie skąd ani co ono oznacza. W
    pewnym momencie jakby olśniło ją. Kolana ugięły się pod nią,
    przysiadła na skraju jego łóżka. Imię... obco brzmiące
    imię...bliskie...dobrze znane...Zakręciło jej się w głowie.
    Poczuła się dziwnie, jakby spadała głową w dół, świat
    wokół niej zawirował, przesłoniła go gęsta mgła. Nie
    miała pojęcia ile czasu minęło, gdy nagle otrząsnęła się z
    tego stanu. Wszystkie zmysły dawno już wróciły do normy,
    znów widziała wyraźnie, jasno myślała, lecz pozostało
    coś, jakiś niepokój, głęboko w niej. Wstała i pospiesznie
    wyszła z pokoju.

    *
    * *

    Brunhild
    weszła do swojej sypialni i stanęła przy oknie spoglądając w
    dal. Próbowała nie myśleć. Myśli bowiem jakie dręczyły
    ją teraz były zbyt męczące, zbyt natarczywe. Oczyściła umysł.

    • Niepotrzeba
      zastanawiać się nad tym czego nie umiemy pojąć – powiedziała
      sama do siebie. Tak zawsze mawiał ich stary ojciec.

    Właśnie...ojciec... On wiele wiedział, a jeszcze
    więcej się domyślał, tak było zawsze. Nagle promienny, radosny
    uśmiech rozjaśnił jej usta. Na dziedziniec wjechał jeździec na
    kasztanowym ogierze. Zeskoczył z wierzchowca zwinnie i szybko.
    Przyglądała mu się jak sprawnym ruchem zdejmuje hełm. Na plecy
    opadły zaplecione w ciasne warkocze czarne niczym węgiel, lśniące
    włosy. Brunhild nie było już przy oknie. Biegła schodami w dół.
    Mocno pchnęła wejściowe masywne drzwi i wypadła na dziedziniec.
    Rzuciła się w ramiona mężowi. On bez słowa uściskał ją czule,
    podniósł do góry i obkręcił się z nią w ramionach
    wokół własnej osi. Oboje śmiali się przy tym radośnie,
    frywolnie niczym leśne elfy. Postawił ją znów na ziemi i
    wpił się namiętnie w jej usta. Stali tak długo pogrążeni w
    gorącym pocałunku. Brunhild odchyliła zmysłowo głowę w tył, w
    jej oczach płonął ogień.

    • Może
      po prostu od razu zabierz ją do sypialni, drogi kuzynie. - przerwał
      im głos stojącego w progu Gothilda.

    • Wyśmienity
      pomysł – odrywając się od ukochanej Helrig spojrzał na niego z
      szelmowskim uśmiechem – ale najpierw się wykąpię, by nie
      musiała wdychać nieprzyjemnych zapachów towarzyszących
      mężczyźnie po długiej i męczącej wyprawie w pełnym rynsztunku
      – zaśmiał się serdecznie – no i posilę, by nie opuściły
      mnie moje męskie siły.

    Teraz ku zgrozie zrzędliwego wodza to Brunhild wybuchła
    niepohamowanym, szalonym śmiechem. Jej zachowanie zawsze wydawało
    mu się zbyt wyzywające, niejednokrotnie wprost wulgarne, mimo całej
    swej sympatii do szwagierki nie potrafił czasem tego ukryć. Miał
    dość tradycyjne podejście do kobiet, wciąż twierdził więc, że
    to im nie wypada a tamto nie przystoi. Cieszył się, że jego
    Kristina ma w sobie więcej taktu i powściągliwości, a także
    potrzebnej kobiecie uległości w stosunku do męża. Gdyby wiedział,
    że ona dla świętego spokoju hamuje wiele naturalnych dla siebie
    zachowań, ze względu wyłącznie na przewrażliwienie męża,
    którego kochała ponad wszystko i dla którego zdolna
    była do największych poświęceń, jego radość niechybnie by
    znikła.

    Wszyscy weszli spowrotem do domu, gdzie Brunhild
    niezwłocznie wydała polecenia słóżbie. Po chwili siedziała
    już przy stole z mężem, który posilał się w milczeniu,
    towarzysząc mu i przyglądając się , śledząc z upodobaniem każdy
    ruch.

    • A
      gdzie podziała się moja mała siostrzyczka? - zawsze tak mówił
      o Kristinie. Czuł do niej głębokie przywiązanie, prawdziwie
      braterską miłość, chęć opiekowania się nią, bezgraniczne
      zaufanie i zrozumienie. Wynikało to zapewne z faktu, że w
      dzieciństwie już przyjaźnili się i praktycznie razem wychowali.
      Gdy rodzice Helriga jeszcze żyli mieszkali w sąsiednich zagrodach,
      dopiero potem, po ich nagłej i tragicznej śmierci jego wuj, stary
      wódz zaopiekował się chłopcem i zabrał do dworu. Byli
      także daleko, lecz jednak spokrewnieni, babka Helriga po mieczu i
      dziadek Kristiny i Brunhild po kądzieli byli rodzeństwem. Znał
      więc obie siostry od zawsze, jednak Brunhild była kilka lat
      młodsza, więc w dzieciństwie najwięcej czasu spędzał ze swą
      rówieśniczką Kristiną. Potem ona wyszła za mąż za jego
      sporo starszego kuzyna, który po śmierci swego ojca objął
      rządy nad plemieniem i także zamieszkała we dworze. Wtedy Helrig
      interesował się już młodszą z córek Ulfa, wówczas
      szesnastoletnią, odkrył bowiem dlaczego zawsze od dziecka
      towarzyszyła mu jakaś dziwna w stosunku do niej nieśmiałość.
      Zrozumiał to dopiero wtedy gdy z dziewczynki przeobraziła się w
      kobietę. Niedługo potem poślubił ją. Choć obie pary były ze
      sobą już ponad dwa lata nadal nie doczekały się potomstwa. Obaj
      mężczyźni zaczynali już się martwić i podejrzewać najgorsze a
      ludzie bezlitośnie gadali. Kobiety jednak obydwie twierdziły że
      na wszystko przyjdzie czas.

    • Pewnie
      u niego – wzruszyła ramionami Brunhild - mam nadzieję, że już
      wszystko z nim dobrze. To naprawdę cud, że żyje, szkoda by
      było...

    • Chwileczkę...
      - tłuste udo, które Helrig właśnie obgryzał opadło
      bezwładnie spowrotem do misy. - O kim ty mówisz?

    • O
      tym człowieku, którego wyrzuciło morze.

    • Co
      to znowu za tajemnice? - spojrzał uważnie na żonę.

    • Och
      kochany, żadne tajemnice. Nie mówiłam ci jeszcze co się tu
      działo?

    Pokręcił głową zaprzeczając.

    • Musiałam
      zapomnieć. Ludzie Gothilda znaleźli na plaży wyrzucone ciała
      sześciu rozbitków, rankiem po tamtym okropnym sztormie.
      Jeden z nich żył.

    • A
      tak, sztorm był rzeczywiście przerażający, jak żyję tak
      silnego nie pamiętam. Biedacy... co ich podkusiło wypływać w
      taką pogodę.

    • Sądzę,
      że byli na morzu już od dłuższego czasu i nie spodziewali się
      sztormu. Jeszcze rankiem tamtego dnia morze było przecież
      spokojne, a to nikt z okolicznych osad, nigdy nie widziałam tego
      człowieka, ani tamtych pięciu, którzy byli już martwi nikt
      z naszych ludzi też nie poznawał.

    • Ale
      pogrzebaliście ich jak należy?

    • Jeszcze
      nie, czekaliśmy na ciebie i Gothilda, potrzeba nam przecież aż
      pięciu łodzi, które możnaby poświęcić.

    • W
      takim razie trzeba niezwłocznie o to zadbać.

    • Tak,
      oczywiście. Pierwsze jednak zajęłyśmy się z Kristiną tym, w
      którym tliło się jeszcze życie.

    • I
      bardzo roztropnie postąpiłyście. Chociaż Gothild pewnie
      marudził.

    • O
      tak...

    • Jego
      zawsze irytowało wasze, jak twierdzi nadmierne współczucie
      dla cierpiących – westchnął – Ale on sprawia wrażenie jakby
      irytowało go wszystko. Aż dziw, że to mój krewniak.

    • No
      ale mów, co z tym biedakiem. Będzie żył?

    • W
      zasadzie to nie mam pojęcia jakim cudem tak długo utrzymywał się
      przy życiu. Kristina twierdzi, że wypadając za burtę uderzył
      głową o coś i wpadł do wody już nieprzytomny.

    • Musi
      być bardzo silny, skoro morze oddało go żywego.

    • Nie
      powiem, żeby było łatwo gdy o niego walczyłyśmy, ale przeżyje,
      teraz już to jest pewne.

    • Miał
      szczęście, że trafił na was.

    Brunhild nie odpowiedziała.

    • Widzę,
      że coś cię trapi moja kochana – Helrig przysunął się bliżej
      niej i spojrzał jej w oczy przenikliwym wzrokiem.

    • Nie,
      to nic. - jej głos nie brzmiał jednak zbyt pewnie.

    • Czułem
      to już w nocy, gdy byłem jeszcze daleko od domu. Martwiłaś się
      czymś i widzę że nadal się martwisz. Wiesz, że mnie nie umiesz
      oszukać.

    • Chodzi
      o tego człowieka właśnie.

    • Przecież
      przed chwilą powiedziałaś, że przeżyje.

    • Tak...
      ale...on jest jakiś dziwny...

    • To
      znaczy?

    • Nie
      wiem...

    • Masz
      na myśli, że jest niebezpieczny?

    • Nie...
      wprost przeciwnie...to znaczy... nie w tym sensie o którym
      myślisz.

    • Wiesz
      kochana, że mi wszystko możesz powiedzieć. - przyciągnął ją
      do siebie i przytulił czule.

    • Odnoszę
      niejasne wrażenie, że skądś go znam, mimo, że nigdy go nie
      spotkałam i jestem tego pewna. Wydaje mi się dziwnie bliski. Nie
      wiem jak to określić. Tak, jakby dawno temu był dla mnie kimś
      bliskim. Bratem...przyjacielem...?

    • To
      rzeczywiście dziwne... - Helrig zadumał się, spoglądał
      nieobecnym wzrokiem w misę pełną obgryzionych kości.

    • I
      imię które powtarzał przez sen...

    • Imię?

    • To
      chyba było imię, nie jestem tego pewna, ale tak czuję. Słowo o
      obcym brzmieniu.

    • Jakie?

    • Saulael...czy
      coś podobnego.

    Nagle oczy Helriga stały się nieobecne, zaszły mgłą,
    a on sprawiał wrazenie półprzytomnego, pogrążonego w
    jakimś transie, nieobecnego duchem. Brunhild znała ten wyraz jego
    oczu, ten stan ducha. Znała go i Kristina, i Gothild, choć ten
    ostatni tego nie rozumiał, lub udałał że nie rozumie, sprawiał
    wrażenie jakby się tego bał.

    • Kobieta...
      - zaczął mówić szybko, niewyraźnie, jakby w transie –
      Widzę kobietę z parą skrzydeł na plecach, ale innych niż u
      ptaka. To nie człowiek, to...istota pozaziemska, piękna i silna i
      bardzo bliska. Kochana... Siostra? Przyjaciółka z
      dzieciństwa? W oczach ma spokój i ból. Ona...ona ma
      twarz.... - przerwał na moment, drżał na całym ciele. Brunhild
      zaczęła delikatnie głaskać go po policzku. Ściskał jej dłoń
      bardzo mocno, aż do bólu. - Ona ma twarz Kristiny.

    W tym momencie wszystko minęło. Oczy Helriga na powrót
    stały się normalne, roziskrzone i błyszczące, rozejrzał się
    wokół siebie niecierpliwie. Poczuł nagłą słabość w
    całym ciele, zmęczony oparł się a raczej opadł bezwładnie na
    oparcie krzesła na którym siedział. Uścisk dłoni na ręku
    Brunhild złagodniał.

    • Już
      dobrze kochany – szeptała głaszcząc jego włosy delikatnie.

    • Muszę
      go zobaczyć.

    • Potem,
      teraz odpocznij, jesteś zmęczony, wiele dni byłeś w drodze.

    • Nie
      moja najdroższa, teraz. Ja muszę...

    • Rozumiem.

    Brunhild wstała, wzięła go za rękę i poprowadziła
    w kierunku gościnnych sypialni. Wskazała drzwi.

    • Iść
      z tobą?

    • Nie,
      ja muszę sam.

    Skinęła tylko głową w milczącym zrozumieniu.

    *
    * *

    Helrig
    stał wpatrując się w twarz nieznajomego mężczyzny.Czy aby
    napewno nieznajomego? Teraz wiedział już, rozumiał o jakim
    wrażeniu mówiła jego żona. Człowiek w łóżku
    poruszył się niespokojnie. Jego usta poruszały się, lecz
    całkowicie bezgłośnie. Helrig domyślał się, że chciałby coś
    powiedzieć, jednak jest jeszcze zbyt słaby, nie ma siły mówić.
    Oczy tamtego otworzyły się z trudem. Spojrzał wprost w oczy
    Helriga nic nie rozumiejącym wzrokiem jasnobłękitnych oczu. Helrig
    dostrzegł czający się w tych oczach strach, więcej, przerażenie,
    i ból. Widział, że on chciałby coś powiedzieć, że
    próbuje otworzyć usta. Przysiadł na skraju łóżka i
    uciszył go delikatnym gestem.

    • Nic
      nie mów, jeszcze nie teraz. Będzie czas i na to. Teraz
      odpoczywaj.

    Na twarzy mężczyzny pojawił się jakby cień bladego
    uśmiechu, jego oczy rozjaśniły się nieco na dzwięk przyjaznego,
    życzliwego głosu. Po chwili jednak poprzedni wyraz strachu i bólu
    wrócił, odzwierciedlił się w całej jego twarzy. Zaczał
    też oddychać szybciej i z większym trudem.

    • Już
      dobrze. Nie masz czego się bać. Tutaj nic ci nie grozi.

    Helrig poczuł, że to właściwe słowa i ze zdumieniem
    spostrzegł że tamten człowiek najwyraźniej na taką właśnie
    pociechę czekał. Silna, duża dłoń zacisnęła się na jego
    nadgarstku jakby w geście niemej paniki. Błękitnooki, białowłosy
    człowiek spojrzał mu w oczy tak głęboko, przenikliwie, a zarazem
    błagalnie, że ciało kuzyna wodza nieświadomie zadrżało. I znów
    poczuł się tak samo jak przed chwilą w jadalni, tak samo jak wiele
    razy wcześniej gdy widział i wiedział to czego inni widzieć i
    wiedzieć nie mogli.

    • Nie
      bój się, przyjacielu. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Obiecuję.

    Uścisk dłoni stał się jeszcze silniejszy. Helrig
    odwzajemnił go.

    • Przysięgam
      ci to. Będę cię chronił. Zrobię wszystko, by nikt nie wyrządził
      ci krzywdy.

    Drugi z mężczyzn uspokoił się wyraźnie, wypuścił
    ze swojej dłoni jego rękę i uśmiechnął się słabo.

    • Niosący
      Światło... - wyszeptał po czym zamknął oczy i usnął
      wyczerpany jak po nadludzkim wysiłku.

    Helrig wstał. Przez chwilę jeszcze przyglądał mu się
    w milczeni.

    • Gdybym
      tylko umiał chronić cię przed tobą samym... - szepnął i
      odwrócił się gwałtownie.

    Wyszedł czymprędzej.

    *
    * *

    Kilka
    dni później przy śniadaniu wszyscy zdawali się myśleć o
    tym samym.

    • Wydaje
      mi się, że jest już dość silny byśmy nareszcie mogli się
      dowiedzieć kim jest i skąd pochodzi. - zaczął bezceremonialnie
      Gothild.

    • Owszem
      – stwierdziła Brunhild – ale nie powinniśmy jeszcze wyprawiać
      go do domu. Na to jest zdecydowanie za słaby.

    • Naturalnie.
      Gothild z pewnością nie to miał na myśli. - wtrącił Helrig,
      nieco złośliwie, bo wiedział, że własnie to jego krewniakowi
      chodziło po głowie.

    • A
      właśnie, że dokładnie to miałem na myśli – wódz nie
      krył irytacji.

    • Jesteś
      bezduszny – wybuchła Brunhild – Jak możesz wypędzać ze
      swojego domu człowieka, który cudem uniknął śmierci i
      nadal nie ma nawet sił stanąć na własnych nogach.

    • Przecież
      nie poślę go bez eskorty, prowiantu, dam mu nawet własnego konia.

    • Czy
      ty myślisz, że on jest w stanie utrzymać się na końskim
      grzbiecie – Brunhild była już niebezpiecznie oburzona
      zachowaniem szwagra.

    • Założę
      się, że to czarownik, bo jak widzę wszystkich was omotał i
      okręcił wokół małego palca.

    • Co
      ty wygadujesz człowieku? - młodsza córka Ulfa nie
      wytrzymała i zerwała się z krzesła nastroszona – Czy to takie
      nadzwyczajne, że leży nam na sercu życie człowieka którego
      sami uratowaliśmy od niechybnej śmierci? Po to go wyrwaliśmy z
      jej objęć, żeby teraz skazać go na ten sam los? To dopiero
      byłoby idiotyczne! W takim razie równie dobrze mogliśmy
      zostawić go tam na plaży półżywego, żeby dokonał swego
      żywota wtedy.

    Gothild spóścił głowę.

    • Wybaczcie...
      Nie wiem, czemu obecność tegoczłowieka pod moim dachem tak mnie
      irytuje. Wiecie dobrze, że nie jestem bez serca.

    • Tak
      wiemy, kochany – odezwała się Kristina, która dotąd
      milczała jak zaklęta, myślami będąc daleko stąd.

    • Ale
      Gothild ma rację – wrócił do tematu Helrig – On nie
      chce mówić o sobie, najwidoczniej ma ku temu powody, jednak
      powinniśmy wiedzieć kto to jest. Choćby po to, by sprawdzić jak
      daleką drogę powrotną ma przed sobą i obmyśleć jak wyprawić
      go do domu, gdy wydobrzeje, trzeba też sprawdzić czy ma krewnych,
      wysłać do nich gońca i powiadomić, że żyje i jest bezpieczny.

    • Nie
      podejrzewam by miał rodzinę. Normalny człowiek w takiej sytuacji
      pierwsze mówiłby o bliskich, bałby się czy się nie
      niepokoją. - Gothild pokręcił głową.

    • Kogoś
      napewno musi mieć, krewnych, przyjaciół, chlebodawców,
      kogokolwiek. Może nie chce o nich mówić z jakiegoś
      nieznanego nam powodu. - nie dawał za wygraną Helrig.

    • A
      mnie się wydaje, że on nie ma nikogo, że spotkało go coś złego,
      jakaś tragedia – Kristina nie podnosiła wzroku na rozmówców
      – może stracił swoich bliskich, a może tam skąd pochodzi źle
      go traktowano lub wygnano... nie wiem... ale w jego oczach czytam,
      że nie ma dokąd pójść.

    • I
      co wtedy zamierzacie z nim zrobić? - Gothild poczuł że znów
      przestaje nad sobą panować.

    • To
      twój dom i to ty jesteś wodzem. Niech twoje sumienie
      rozsądzi – Brunhild spojrzała na niego wyzywająco.

    Już miał jej ostro odpowiedzieć, gdy Helrig przerwał
    ten kolejny wybuch emocji. Wiedział, że starcie między jego
    kuzynem a żoną nie wróży niczego dobrego.

    • Przestańcie
      spekulować, póki niczego jeszcze nie wiemy. Najprościej
      jest chyba iść do niego i po prostu zapytać.

    • Więc
      chodźmy – Gothild wstał zniecierpliwiony.

    • Nie,
      ty nie – zaprotestował stanowczo Helrig.

    • A
      niby dlaczego?

    • Lepiej
      żeby poszedł ktoś z naszej trójki, albo cała trójka.

    • Ale
      czemu ja nie? - oczy Gothilda pociemniały z gniewu.

    • On
      się ciebie boi – odpowiedział kuzyn.

    • Boi?
      Mnie? A niby czemu?

    Ale oni zdąrzyli już wyjść. Wódz zaklął
    siarczyście i kopnął stojącą nieopodal ławę z całej siły.

    *
    * *

    Cała
    trójka weszła do sypialni którą zajmował teraz
    rozbitek. Przez ostatnie dni doglądała go głównie służba
    i kilka razy zjawiła się Brunhild ale spał wtedy więc nie mieli
    okazji porozmawiać. Dlatego też teraz wydawał si,ę zdziwiony. A
    może przestraszony nawet... Siedział na łóżku w świerzej
    koszuli , którą podarował mu Helrig. Gdy tylko skrzypnęły
    drzwi zerwał się z miejsca. Zachwiał się jednak i omal nie upadł,
    z trudem jeszcze wstawał, nadal był dość słaby. Helrig w odruchu
    podbiegł i podtrzymał go. Mężczyzna wyraźnie wystraszył się
    tego życzliwego gestu. Usiadł na skraju łóżka i spojrzał
    na nich wystraszonym, pytającym wzrokiem.

    • Nie
      bój się – uspokoiła go Brunhild – przyszliśmy tylko
      porozmawiać.

    Znów spróbował wstać , tym razem
    spokojniej i ostrożniej podtrzymując się poręczy łóżka.

    • Nie,
      nie wstawaj – zaprotestowała Brunhild – nie trzeba.

    Uśmiechnął się z wdzięcznością ale nie posłuchał.

    • Ja
      chciałem podziękować za urotawanie mi życia. Jestem wam ogromnie
      wdzięczny, gdyby nie wy – spoglądał w stronę Kristiny więc
      prawdopodobnie, nie bez słuszności zresztą, to w szczególności
      do niej się zwracał – z pewnością nie byłoby mnie już wśród
      żywych.

    Wszyscy zauważyli jak dworna i piękna jest jego mowa,
    teraz nie mieli już wątpliwości, że pochodził z majętnego,
    dobrego rodu.

    • Ależ
      nie trzeba, jestem nauczona, że każde ludzkie życie jest cenne,
      nie mogłabym przecież zostawić was na pastwę losu, umierającego
      nad brzegiem morza. - odpowiedziała Kristina.

    • Wielu
      by tak postąpiło. Dlatego przyjmijcie pani moją wdzięczność –
      chwiejnym krokiem podszedł do niej – mimo iż nie mam czym
      odpłacić – już chciała coś powiedzieć, kiedy omal nie
      upadając twarzą do ziemi z osłabienia przyklęknął przed nią
      na jedno kolano i pochylił głowę.

    • Wstańcie,
      proszę. Nie trzeba mi wielkiej podzięki, wystarczy wasza
      życzliwość.

    Wstał posłusznie.

    • Widzę,
      że jesteście szlachetnym i wyśmienicie wychowanym mężem –
      Helrig chciał podjąć temat z jakim tu przyszli.

    Nie udało mu się to jednak. Człowiek bowiem spóścił
    głowę i nic nie odpowiedział. Z westchnieniem więc podparł go
    ramieniem i zaprowadził spowrotem na łóżko.

    • Nie
      powinniście się przemęczać.

    • Wam
      również winien jestem wdzięczność – powiedział
      zwracając się do Helriga.

    • Mnie?

    • Za
      życzliwość i gościnę, odzienie i hojną strawę.

    Helrig roześmiał się serdecznie.

    • Za
      życzliwość i odzienie owszem, ale za gościnę i strawę
      powinniście raczej dziękować panu tego domu.

    • Więc
      to nie wy nim jesteście?

    • Nie.
      Ja jestem tylko jego krewniakiem. To dom wodza Gothilda. Ale macie
      tutaj panią domu, jej jednak już dziękowaliście.

    • Dziękuję
      więc raz jeszcze.

    Wszystkim dziwne zdawało się, że człowiek o tak
    nienagannych manierach nie wpadł jeszcze na to, że wypadałoby się
    przedstawić. Brunhild postanowiła wykorzystać okazję.

    • No
      tak, skąd niby mieliście wiedzieć, kto jest tu kim, skorośmy
      dotąd się sobie nie przedstawili. Pozwólcie więc, że
      naprawię ten nietakt. Pani, której zawdzięczacie życie to
      Kristina Ulfsdatter, żona wodza Gothilda, pani tego domu, a moja
      droga siostra – Kristina skłoniła się , a Brunhild ciągnęła
      dalej – Ja mam na imię Brunhild Ulfsdatter, a to mój
      ukochany mąż Helrig, krewniak wodza i wychowanek jego zmarłego
      ojca.

    Zaległa krępująca cisza. Czekali cierpliwie, ale on
    nie odezwał się. Widać było tylko zmieszanie na twarzy którą
    próbował ukryć. Spojrzeli po sobie pytająco. Wkońcu Helrig
    zaczął delikatnie.

    • Wiem,
      że to nie przystoi pytać tak wprost, jednak może moglibyśmy
      poznać imię naszego gościa.

    Zmieszał się jeszcze bardziej , a głowę opuścił
    jeszcze niżej. Widać też było, że wyraźnie posmutniał. Mieli
    wrażenie że w jego teraz śmiertelnie przerażonych oczach zbierają
    się łzy, które za wszelką cenę starał się powstrzymać.

    • Cóż
      się stało? - spytała ciepłym głosem Brunhild.

    • Ja...
      - przez chwilę jakby szukał czegoś w pamięci – Arakiel
      Arunhlasen – powiedział wkońcu niepewnie.

    • W
      takim razie miło nam gościć was, panie Arakielu. - Kristina
      postanowiła ratować sytuację, której pozostała dwójka
      zdawała się nie do końca rozumieć.

    Helrig chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak Kristina
    przerwała mu, gdy tylko otworzył usta.

    • Przyszliśmy
      jedynie sprawdzić jak się czujecie. Widzę, że już lepiej i
      cieszy mnie to niezmiernie – spoglądała na niego ze
      zrozumieniem, dając znać, że wie na czym polega jego problem –
      Jeżeli pozwolicie przyjdę później, chciałabym porozmawiać
      z wami.

    • Naturalnie,
      przychodzcie pani kiedy tylko zechcecie. - widziała że odetchnął
      z wyraźną ulgą, patrzał na nią mniej przestraszonym, pełnym
      wdzięczności wzrokiem.

    Wzięła pod rękę Brunhild i skierowała się do
    drzwi.

    • Chodz
      Helrigu – popędziła szwagra.

    Posłuchał bez słowa.

    *
    * *

    Gdy
    znaleźli się już za drzwiami oboje spojrzeli pytająco na
    Kristinę.

    • Chodzcie
      do głównej izby, wytłumaczę wam wszystko na spokojnie.
      Helrigu bądz łaskaw znaleźć Gothilda, on też powinien być przy
      tej rozmowie.

    Helrig skinął głową i odszedł. Po dłuższej chwili
    wszyscy czworo zebrali się w izbie i rozsiedli wygodnie popijając
    świerzo warzonego piwa. Gothild minę miał niezbyt przyjemną.

    • Więc?

    Kristina wzięła głębszy oddech.

    • Wygląda
      na to, że mamy pewien problem.

    • Mianowicie?

    • Jestem
      niemal pewna, że on po prostu nie wie kim jest.

    • Jak
      to nie wie? Jak można u ciężkiego licha nie wiedzieć kim się
      jest? - Gothild poraz kolejny tego dnia został wyprowadzony z
      równowagi.

    Brunhild którą nagle olśniło pospiesznie
    wytłumaczyła.

    • No
      tak, ja chyba rozumiem. Czasem, po silnym uderzeniu w głowę lub
      wstrząsie psychicznym, a niewątpliwie ten człowiek przeżył i
      jedno i drugie, pamięć całkowicie lub częściowo zanika. Wtedy
      zdarza się, że ludzie nie mają pojęcia kim są i co działo się
      przed wypadkiem, jak się w tym miejscu znaleźli i tak dalej.

    • Właśnie.
      Dokładnie to miałam na myśli – potwierdziła Kristina.

    • Biedak
      – Helrig z ubolewaniem i współczuciem pokręcił głową –
      Ale co my zrobimy w takim razie z tym nieszczęśnikiem.

    • Taaak...
      dobre pytanie – skwitował Gothild.

    • Musi
      chyba tu zostać – stwierdziła Kristina – Często pamięć
      wraca po jakimś czasie. Musimy czekać.

    • Czy
      mój dom to przytułek dla wszelkich bezdomnych i chorych? -
      zdenerwował się znów Gothild. Nikt nie mógł
      zrozumieć jego zachowania, nigdy przedtem nie był tak agresywny,
      owszem apodyktyczny bywał, surowy też, czasem oschły, ale nigdy
      bezduszny, zawsze litował się nad losem potrzebujących.

    • Nie
      możemy przecież odesłać go ot tak w świat, kiedy nie ma dokąd
      pójść. - zaoponował Helrig

    • Nie
      wiadomo zresztą jak dalece posunięty jest zanik pamięci, może
      okazać się, że nie pamięta wielu podstawowych wiadomości o
      świecie, wtedy będzie zbyt zagubiony by poradzić sobie sam, jak
      dziecko we mgle. - wtórowała mu Brunhild.

    • Chwileczkę
      – Helrig zastanowił się chwilę – podał przecież imię. Czy
      nie moglibyśmy rozpytać o nie, czy ktoś przypadkiem o takim
      człowieku nie słyszał, może uda się znaleźć jego tożsamość
      i jakiś krewnych lub przyjaciół.

    • Mnie
      się wydaje, że on po prostu podał pierwsze lepsze imię jakie
      przyszło mu do głowy, bo stwierdził że przecież jakoś nazywać
      go musimy. Swojego prawdopodobnie nie pamięta. Może wstyd mu z
      tego powodu, więc odpowiedział cokolwiek. - tłumaczyła Kristina.

    • Ona
      ma rację – wtrąciła się Brunhild – Nie widziałeś jak długo
      zastanawiał się zanim odpowiedział, jak wyglądała jego twarz,
      oczy? Sprawiał wrażenie jakby szukał usilnie imienia w pamięci,
      aż wkońcu gdzieś zaświtało mu takie właśnie i z rezygnacją w
      głosie podał je, nie mając żadnej pewności czy do niego należy
      i czy wogóle istnieje.

    • Dla
      mnie było to po prostu pierwsze imię jakie przeszło mu przez
      myśl, uznał je więc za własne.

    • I
      tak mogło być. Zresztą czy słyszeliście kiedyś podobne imię?
      Arakiel... Brzmi obco, a on wygląda na skandynawa, co do tego nie
      mam wątpliwości. A Arunhlasen...? Nie mam pojęcia co to znaczy,
      choć brzmieniem zbliżone jest do naszego języka, nigdy takiego
      słowa nie słyszałem.

    • Arakiel
      brzmi podobnie jak Saulael, to które wymawiał przez sen.
      Jakby w tym samym języku.

    • Może
      jego matka pochodziła z jakiegoś odległego plemienia albo dalszy
      przodek... A może po prostu zna jakiś język którego my nie
      znamy, może podróżował po obcych ziemiach. Ale to nie ma
      chyba znaczenia. Skoro chce by tak go nazywać, nie widzę ku temu
      przeszkód.

    • No
      ale co my z nim zrobimy – wtrącił się milczący od dawna
      Gothild.

    • Na
      razie zostawmy tę decyzję. Najpierw tak jak mu obiecałam
      porozmawiam z nim i spróbuję się czegoś dowiedzieć
      więcej. Nie dobrze by było nas więcej niż jedna osoba, by go nie
      zawstydzać ani nie przestraszyć. Łatwiej jest zaufać jednej
      osobie w rozmowie w cztery oczy. Postaram się być delikatna i
      ostrożna.

    Po tych słowach Kristina wstała i wyszła. Zabrała ze
    sobą dość duży dzban pełen piwa.

    *
    * *

    Stanęła
    przed drzwiami. Zawahała się. Przez chwilę wydawało jej się, że
    ucieknie, jak najdalej od tego człowieka, który budził w
    niej coś, czego budzić nie chciała. Przemogła się jednak,
    zapukała. Odpowiedziała jej cisza. Zapukała raz jeszcze, głośniej.
    Musiała odczekać dłuższą chwilę, gdy usłyszała wkońcu.

    • Wejdzcie,
      pani Kristino.

    Wsunęła się do pomieszczenia. Mężczyzna stał przy
    oknie wpatrując się w jak jej się wydawało krajobraz za szybą.
    Odwrócił się gwałtownie, gdy stanęła tuż obok, za jego
    plecami.

    • Czy
      moglibyśmy... - zaczęła niepewnie, po chwili jednak wyprostowała
      się dumnie – chciałam z wami pomówić.

    Westchnął głęboko. Po chwili jednak zreflektował
    się.

    • Naturalnie,
      usiądzcie proszę.

    • Proszę
      mówcie mi Kristina. - usiadła na stojącym przy oknie
      masywnym, drewnianych krześle.

    • Więc
      Kristino, proszę ty też mów mi... - zaciął się,
      najprawdopodobniej niezręcznie mu było powiedzieć “ po imieniu”
      - na ty – dodał po chwili pospiesznie.

    • Wobec
      tego Arakielu, czy czujesz się już lepiej?

    Uśmiechnął się blado i skinął głową.

    • Bardzo
      mnie to cieszy – odparła ze szczerym uśmiechem nalewając mu
      szczodrze piwa.

    • Tak,
      wiem. Wiem o czym chcesz rozmawiać. - opuścił wzrok, jakby
      skrępowany.

    Nie powiedziała nic, uśmiechnęła się tylko
    uspokajająco, chcąc dodać mu otuchy.

    • Oczywiście
      – mówił teraz bezbarwnym, matowym głosem, przyciszonym
      lekko, jakby sam nie chciał słuchać swoich słów- nie będę
      nadużywał waszej gościnności. Jutro skoro świt już mnie tu
      nie będzie.

    • Ależ
      nie. Nie to miałam na myśli. Przecież... Nie, nikt cię stąd nie
      wypędza... Ja po prostu...

    • Nie
      trzeba, naprawdę nie trzeba – opuścił głowę jeszcze niżej,
      białe jak śnieg włosy całkowicie zakryły jego twarz –
      zrobiliście dla mnie i tak bardzo wiele. Nie wolno mi oczekiwać
      niczego więcej.

    • I
      gdzie pójdziesz? – Kristina postanowiła skorzystać z
      nadarzającej się okazji, by zahaczyć o właściwy temat.
      Powiedziała to tonem bezsprzecznie świadczącym o tym, że wie
      doskonale jaka będzie odpowiedz.

    • To
      nie ma żadnego znaczenia – odwrócił się w stronę okna
      wychylając róg z piwem jednym haustem.

    • Wprost
      przeciwnie. - dolała mu po brzegi. Wciągnęła głośno powietrze
      i jednym tchem wyrzuciła z siebie – Wiem, że Arakiel nie jest
      twoim prawdziwym imieniem, wiem też, że pojęcia nie masz kim
      jesteś i skąd się tu wziąłeś.

    Zadrżał gwałtownie. Podniósł głowę i wbił
    w nią przerażony wzrok.

    • Straciłeś
      pamięć, prawda? - zapytała starając się nadać głosowi jak
      najłagodniejszy ton.

    Skinął tylko, po czym przechylił róg do dna.

    Kristina
    westchnęła. Spoglądała na niego w milczeniu przez dłuższą
    chwilę, po czym napełniła róg, skinęła lekko głową i
    wyszła. Pozostawiła mężczyznę pogrążonego we własnych
    myślach, chaotycznych i nieskładnych. W pierwszej chwili wydawał
    się jej za to wdzięczny, wolał zostać sam, nie chciał by
    ktokolwiek go teraz oglądał, by widział łzy strumieniami cieknące
    po twarzy. Siedział tak długo, po czym przechylił róg i
    jednym tchem opróżnił całą jego zawartość, po czym
    rzucił naczyniem o ścianę z taką siłą, iż rozprysło się na
    drobne odłamki. W porywie beznadziejnej rozpaczy raz po raz uderzał
    pięścią w stół, aż wreszcie chwycił stojące przy nim
    krzesło i pchnął je przed siebie. Cofnął się kilka kroków,
    oparł plecami o drzwi, po chwili osunął się po nich i wybuchnął
    głośnym płaczem. Szlochał jak dziecko.

    • Przecież
      on cały dwór niedługo zdemoluje! - pienił się za drzwiami
      Gothild.

    W tym momeci usłyszeli kolejny, tym razem głośniejszy
    trzask, a zaraz po nim potężny huk.

    • Tego
      już za wiele! - Gothild próbował wyrwać się trzymającej
      go pozostałej trójce.

    • Zostaw!
      - powoli, lecz stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem
      powiedziała Kristina spoglądając mężowi głęboko w oczy.

    Wódz westchnął ciężko i najwidoczniej
    zrezygnował ostatecznie z zaprowadzenia porządku w swoim domu. W
    tej właśnie chwili usłyszeli rozpaczliwy szloch dobiegający z
    pokoju.

    Helrig wymienił porozumiewawcze spojrzenia z obiema
    paniami, po czym popchnął drzwi. Stawiały opór. Kobiety
    oddaliły się tymczasem ciągnąc za sobą Gothilda, złorzeczącego
    wprawdzie nadal, jednak już raczej zrezygnowanym tonem. Jego
    krewniak natomiast przez chwilę stał przy zamkniętych drzwiach, po
    czym zapukał ostrożnie. Nie doczekał się odpowiedzi. Zapukał raz
    jeszcze, tym razem mocniej. Po chwili szumów i szurania drzwi
    ustąpiły. Popchnął je lekko i wszedł do środka.

    Arakiel stał przy oknie, odwrócony tyłem do
    wchodzącego.

    • Odejdz
      – szepnął zdławionym głosem.

    • Wolałbym
      jednak nie zostawiać cię samego – odpowiedział spokojnie
      Helrig.

    Tamten milczał przez chwilę.

    • Nic
      już nie wiem – zaczął po chwili nie odwracając się od okna.

    Helrig podniósł bez słowa przewrócone
    krzesło i usiadł. Przez dłuższy czas oboje milczeli. Ciszę
    przerwał Arakiel.

    • Szczerze
      mówiąc nie mam pojęcia, co teraz ze mną będzie... Co mam
      zrobić...

    • O
      to na razie się nie martw. Na razie...

    Przerwał mu zdecydowanym gestem dłoni, odwracając się
    gwałtownie. Helrig zadrżał widząc wyraz jego oczu.

    • Nie.
      Nie mogę przecież tu zostać.

    • Ależ...

    • Nie,
      nie mów mi, że ot tak po prostu mam zostać ile chcę i czuć
      się jak u siebie. Nie mogę sie na to zgodzić.

    • Rozumiem.
      - spojrzał mu w oczy jakby na potrwierdzenie swoich słów.

    Arakiel uśmiechnął się lekko. Poczuł, że tak jest
    w istocie, że Helrig rzeczywiście doskonale rozumie jego dumę.

    • Pozwól,
      że wieczorm wszyscy pięcioro porozmawiamy na ten temat i
      spróbujemy coś postanowić. Napewno znajdziemy wspólnie
      jakieś rozwiązanie.

    Uśmiechnęli się do siebie. Ze zdumieniem oboje
    musieli stwierdzić, że czują się w swoim towarzystwie doskonale,
    jakby znali się od wielu lat i byli najlepszymi przyjaciółmi.
    Żaden z nich nie potrafił tego pojąć.

    • To
      ja jestem tu gospodarzem i nie życzę sobie tego człowieka w moim
      domu na wieczność!

    • Myślałam,
      mój drogi, że to jest NASZ dom – wybuchła Kristina
      odwracając się na pięcie.

    Gothild westchnął.

    • Czy
      wy naprawdę nic nie rozumiecie?

    • Czego
      mianowicie nie rozumiemy? - Helrig uniósł brew.

    • On
      jest... taki...- Gothild odwrócił się plecami do
      pozostałych rozmówców- po prostu sobie nie życzę!

    • Przyznaj,
      ty się go po prostu boisz – odezwała się spokojnym głosem
      Brunhild, która dotąd milczała wymownie.

    • Boję?
      Nie bądz śmieszna, Brunhild.

    • Śmieszny
      to jesteś ty, z tą swoją chorobliwą zazdrością, mimo braku do
      niej jakichkolwiek podstaw. - ucięła stanowczo.

    • Cokolwiek
      byście o mnie myśleli, to na szczęście jeszcze ja tu... - urwał
      – mam ostatnie słowo – dodał po chwili.

    • Ty
      tu rządzisz, chciałeś powiedzieć. Czyż nie tak? - Kristina
      złapała męża za ramię, jej oczy błyszczały złowieszczo. - To
      sobie rządz, całą resztą świata, Wielki Panie, ale nie nami.

    Wściekła obróciła się na pięcie i ruszyła w
    stronę drzwi. Gdy je otworzyła stanęłą jak wryta. Wszystkie oczy
    zwróciły się w tamtą stronę.

    • Pięknie,
      po prostu gratuluję, kochany – w Gothilda trafiło kolejne
      piorunujące spojrzenie.

    Brunhild i Helrig jednocześnie poderwali się jak
    oparzeni ze swoich miejsc. Brunhild rzuciła tylko szwagrowi krótkie
    spojrzenie, mrożące jednak krew w żyłach.

    Helrig nie spojrzał nawet w jego stronę, wybiegł na
    korytarz.

    Helrig
    złapał Arakiela za ramię. Zaniemówił jednak, gdy ten
    odwrócił się. Był całkowicie odmieniony. Jego oczy były
    zimne i spokojne. Cała postawa mężczyzny emanowała chłodem i
    dostojeństwem. Helrig odniósł nieodparte wrażenie, że ta
    duma wypisana na twarzy, którą widzi przed sobą, niemal
    dorównuje wyrazowi twarzy Kristiny, osoby która powinna
    właściwie nosić imiona Duma i Honor.

    • I
      gdzie masz zamiar pójść? - spytał wkońcu.

    • A
      kogo to obchodzi? - odparł białowłosy obojętnym tonem.

    • Na
      przykład mnie.

    Mruknął coś tylko i odwrócił się. Ruszył ku
    wyjściu.

    • Mnie
      i te dwie kobiety, które uratowały ci życie – krzyknął
      za nim Helrig.

    • Ale
      jak sam powiedział wasz wódz, to jego dom i nie zamierza
      liczyć się z pragnieniami swoich domowników.

    • Nasze
      żony prawdopodobnie już mu uświadamiają kto w rzeczywistości
      rządzi w tym domu. A robią to, uwierz mi, skutecznie.

    Arakiel zatrzymał się.

    • To
      nie ma znaczenia. Nie zwykłem wpraszać się tam, gdzie mnie nie
      chcą gościć. Mam swój honor.

    • Więc
      co zamierzasz?

    • O
      to już nie musicie się martwić. Nie macie obowiązku...

    • Ale
      ty jesteś coś winien nam – teraz Helrig przerwał – a
      przynajmnie tym dwóm wspaniałym kobietom. Jesteś im winien
      swoje życie, a jesteś na dobrej drodze, by je zmarnować i
      zniweczyć ich trud. Widać niepotrzebnie tak się starały by cię
      ratować, skoro ty sam swojego życia nie cenisz. - odwrócił
      się i zaczął powoli iść w stronę jadalni.

    • Jeżeli
      życiem nazywasz błądzenie po omacku wśród własnych myśli
      szukając bezskutecznie choćby jednego wspomnienia, choć jednej
      mglistej wskazówki...

    • Tak,
      nazywam życiem czas, który masz jeszcze przed sobą –
      podszedł do niego i wbił w niego wzrok.

    • A
      co z tym życiem, które zostawiłem za sobą wbrew własnej
      woli?

    • Jego
      nikt nie potrafi ci wrócić. Możemy jedynie dać ci nowe
      życie, które mogłoby być szczęśliwe. Ale ty nie chcesz
      tego przyjąć. Nikt cię do tego nie zmusi, to twój wybór.
      Szkoda tylko, że myślisz jedynie o sobie, nie biorąc pod uwagę
      tych, którzy zrobili wszystko co w ich mocy, by tak właśnie
      było.

    Po tych słowach odwrócił się i odszedł.

    Arakiel stał długo przed drzwiami wyjściowymi
    zatopiony we własnych myślach. W końcu wyszedł na zewnątrz, nie
    oglądając się za siebie przeszedł przez dziedziniec. Na moment
    obrócił się i omiótł spojrzeniem budynek.

    • Nie
      mogę... Zrozumcie to, nie potrafię w ten sposób...

    Opuścił głowę i ruszył zdecydowanym krokiem przed
    siebie.

    Kristina
    stała jeszcze przez chwilę przy oknie spoglądając na dziedziniec.
    Helrig podszedł do niej i objął ramieniem.

    • Musimy
      pozwolić mu odejść. To jego życie i jego wybór.

    • Wiem.
      - położyła głowę na ramieniu szwagra.

    • Tak,
      jakkolwiek to dziwnie brzmi mnie także będzie go brakowało.

    Arakiel
    szedł przed siebie. Bez celu, po prostu naprzód. Nie myślał
    już o niczym, to i tak nic by nie zmieniło. On, silny i dumny
    mężczyzna, nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest podobny do
    dziecka zagubionego we mgle, jak niesamowicie jest bezradny.

    • Tak,
      tak, z kim to się związała moja biedna starsza córka
      -usłyszał przed sobą.

    Podniósł głowę. Stał przed nim niemłody już
    człowiek. Brodę i warkocze miał niegdyś pewnie ciemnobrązowe i
    lśniące, teraz przyprószone siwizną. Jego wciąż
    przystojna twarz o nieprzeniknionym wyrazie sprawiała wrażenie
    poważnej lecz życzliwej.

    Arakiel
    zatrzymał się.

    • Czy
      coś się stało? Czy mogę wam w czymś pomóc? - zapytał.

    Nieznajomy
    spojrzał na niego i pokręcił głową. Nagle uśmiechnął się, a
    Arakiel dałby głowę, że widział w jego oczach figlarny błysk.

    • A
      właściwie... Czemu nie? Ja pomogę wam, panie, a wy mnie.

    • Co
      macie na myśli, ojcze?

    • Przyjmijcie
      moją gościnę.

    Młodszy z mężczyzn spojrzał na starszego pytającym
    wzrokiem. Tamten zaś roześmiał się.

    • Owszem,
      w ten sposób pomożecie mi najlepiej. Dopiec temu bucowi,
      mojemu zięciowi, mianowicie.

    • Czy
      wy jesteście...

    • Mam
      na imię Ulf i jestem szczęśliwym ojcem dwóch wspaniałych
      córek. Moje szczęście mąci tylko fakt, że jedna z nich
      wzięła sobie za męża barani łeb. Powszechnie szanowany barani
      łeb dodam.

    Arakiel westchnął.

    • No?
      Więc jak będzie? Chyba nas sobie los postawił na drodze. Wy
      jesteście potrzebni mnie, a wam potrzeba chyba dachu nad głową i
      ciepłej strawy. A może się mylę?

    • Kochana
      moja – Gothild leżał okryty skórami głaszcząc włosy
      odwróconej do niego plecami Kristiny – czy ten człowiek
      był wart tego, by stanąć między nami?

    Fuknęła tylko w odpowiedzi.

    • Nie
      dąsaj się promyczku – przymilał się. Znów był tym
      samym Gothildem którego znała i kochała. Znów
      spokojny, opanowany i pełen ciepła. Odwróciła się.

    • Wiesz...
      może i dobrze się stało... On był jakiś... taki... Nie czułam
      się dobrze w jego pobliżu.

    Gothild uśmiechnął się i wział żonę w objęcia.
    Pocałował namiętnie.

    Przez
    kilka kolejnych dni i nocy życie we dworze toczyło się swym
    zwyczajnym torem. Z pozoru wydawać by się mogło, że jego
    mieszkańcy zapomnieli o istnieniu człowieka bez przeszłości. Jego
    jednak zapomnieć się nie dało. Białowłosy rozbitek wrył się w
    pamięć każdego z nich i za nic nie dawał się stamtąd wyrzucić,
    choćby próbowali na wszelkie możliwe sposoby. Wiadomo
    bowiem, iż istnieją na tym świecie ludzie, których się
    nie zapomina. Istnieją też mury,których głową nie da się
    przebić. Jednym z takich murów jest przeznaczenie, fatum,
    los, opatrzność czy jak inaczej ludzie zwykli zwać tę siłę,
    która tak lubi mieszać się w nasze życie i komplikować je,
    czynić jeszcze trudniejszym. Często wyobrażamy sobie, że gdzieś
    tam, w innym świecie siedzi ktoś, kto splata te nasze nici, z
    innymi nićmi, innych istot, naszych bliskich i tych, których
    wolelibyśmy uniknąć. Może nie tak znowu bardzo się mylimy w tych
    naszych wyobrażeniach?

    • Ojciec
      zaprasza nas wszystkich na jutrzejszą wieczerzę – z uśmiechem
      zakomunikowała Brunhild.

    • Tak
      się cieszę – Kristina poderwała się z krzesła.

    Helrig uśmiechnął się zadowolony. Wszyscy jak nikogo
    na świecie kochali starego, mądrego Ulfa. Wszyscy z jednym
    wyjątkiem...

    Gothild westchnął ciężko, powstrzymał się jednak
    od komentarza. Nie chciał narażać się na gniew żony i
    szwagierki, które reagowały nader impulsywnie na każde słowo
    na temat ich ojca wypowiadane bez skrajnego ulwielbienia.

    • Ojcze!
      Nie wyjdziesz powitać swoich dziewczynek? - krzyczała od progu
      Brunhild.

    • Idę
      już idę – usłyszała w odpowiedzi z głównej izby.

    Po chwili w drzwiach pojawił się Ulf.

    • Kochane
      moje – przygarnął do siebie obie córki i witał je długo
      i serdecznie – Jakże ja się za wami stęskniłem. O, jest i
      Helrig. Chodź no tu, synu, niech i ciebie uściskam.

    Młody mężczyzna podszedł do teścia i uściskał go
    nie kryjąc radości ze spotkania.

    • Jest,
      jak widzę i mój drugi zięć. Nie przywitasz się Gothildzie
      ze starym teściem?

    • Witajcie
      ojcze – odparł wódz chłodno lecz w pełni uprzejmie.

    Na jego szczęście panie nie zwracały na niego
    najmniejszej uwagi, tak pochłonięte były radością z odwiedzin w
    rodzinnym domu i spotkania z ojcem. Kiedy jednak wszyscy weszli do
    izby stanęli jak wryci i zaniemówili. Za stołem siedział
    postawny, białowłosy młody mężczyzna, który właśnie
    wstał i skłonił się przybyłym.

    • Radością
      jest dla mnie ponowne spotkanie z mymi dobroczyńcami – rzekł, po
      czym usiadł na miejsce.

    • Widzę,
      że znacie już mego miłego gościa, kochani. Wspaniale, w takim
      razie możemy zasiąść do stołu. - z uśmiechem oświadczył Ulf,
      nie spuszczając wzroku ze starszego zięcia.

    Po
    zakończonym posiłku obie siostry niczym małe dziewczynki obsiadły
    z obu stron swego ojca szczebiocząc mu do ucha nieustannie jedna
    przez drugą. Gothild siedział,a raczej niemal leżał na
    ławie,pochmurny, wyraźnie zirytowany, raz po raz nalewając sobie
    piwa z wielkiego dzbana stojącego na samym środku stołu. Arakiel
    podszedł do Helriga, z zadowoleniem obserwującego kobiety uczepione
    obu ramion swego ojca.

    • Miałeś
      rację – powiedział siadając obok niego – Trzeba patrzeć w
      przyszłość, w to, co jest jeszcze przede mną i cieszyć się
      tym, co przy odrobinie dobrych chęci i szczęścia może się
      jeszcze wydarzyć.

    • Cieszę
      się, ze to zrozumiałeś.

    Uśmiechnęli się do siebie nawzajem. Szczerze i
    radośnie. Poraz pierwszy w oczach Arakiela, Helrig zobaczył spokój,
    radość i nadzieję.

    Przyszłość
    ta malowała się istotnie pięknie. Arakiel czuł się potrzebny,
    bowiem pracował uczciwie na swe utrzymanie pomagając Ulfowi w
    gospodarstwie. Pomoc ta była w istocie nieoceniona dla starzejącego
    się, a co za tym idzie nie tak już silnego jak niegdyś, samotnego
    mężczyzny. Helrig odwiedzał go często, a przyjaźń między nimi
    rozkwitła. Byli sobie niemal braćmi. Przychodziła do niego także
    Brunhild, gdyż i ona bardzo polubiła tego rozbitka bez przeszłości.
    Gothild początkowo zrzymał się na teścia, że przyjął pod swój
    dach człowieka, którego on przepędził, jednak szybko
    przeszła mu złość, a między nim a Kristiną znów działo
    się dobrze. Nie był wprawdzie szczęśliwy z faktu, że żona
    czasem wraz z siostrą chadza do domu Ulfa, jednak tłumaczył sobie,
    że po prostu chce widywać się częściej z ojcem i w ostateczności
    także ten fakt przełknął. Wszyscy zapomnieli już o swych dawnych
    przeczuciach i lękach. Nikt z nich nie pomyślał nawet o tym, że
    tę sielankę mogłaby nagle zmącić fala następujących po sobie
    nieszczęść. Wydawało się to jakby niemożliwe. Coraz bliższe
    były jednak gradowe chmury, które miały zawisnąć nad ich
    szczęśliwym, poukładanym życiem.

    Ulf
    wyszedł w pole z samego rana. Arakiel zajęty był w stodole naprawą
    sprzętów. Ledwie mężczyzna znalazł się na tyle daleko od
    domostwa, by z obejścia nie było go widać, podeszło do niego
    troje ludzi w długich, czarnych opończach. Słyszał już o nich
    niejednokrotnie. Byli to czciciele nowego, dziwnego boga. Boga, który
    rościł sobie prawo do bycia jednym jedynym. Co gorsza zaś jego
    wyznawcy, wyjątkowo fanatyczni w większości, za swój święty
    obowiązek uważali przekonywanie o tym wszystkich ludzi na ziemii.
    Nie byłoby może i w tym niczego zdrożnego, gdyby nie fakt, że
    najchętniej przekonywali oni mieczem i ogniem. Ulf, w którym
    płynęła typowa krew wikingów, poczuciem honoru, odwagą i
    wolą walki, mimo podeszłego wieku, wciąż mógłby ocean
    napełnić po brzegi. Przeto zagotowało się w nim na widok
    przybyszów, którzy nie wiadomo skąd przyszli, zdawało
    się, jakby wyłonili się spod ziemii. Przystanął jednak i skinął
    głową.

    • Co
      was sprowadza, cudzoziemcy? - spytał prostując się dumnie.

    Przybysze skłonili się głęboko.

    • Witajcie,
      dobry człowieku – zaczął najwyższy z mężczyzn spokojnym,
      zanadto aż uprzejmym tonem – Przybywamy do was z dalekiego
      zachodu, z głębi kontynentu, by opowiedzieć wam o naszym panu i
      dać wam nowe życie.

    • A
      któż was o to prosił zacni przybysze? - odpowiedział
      wiking równie spokojnie.

    • Wiemy,
      żeście ludem walecznym, który odwagą i męstwem przewyższa
      wiele innych plemion, wiemy też jednak, że żyjecie w ciemnocie.
      Szkoda byłoby trwonić tę odwagę i siłę dla złej sprawy, kiedy
      w zamian za zwrócenie się na właściwą drogę czeka was
      wieczne życie u boku pana.

    • Wielce
      to z waszej strony szlachetne, miejsce naszych wojowników
      jest jednak w Valhalli u boku innego boga.

    • Ale
      cóż to za bóg. Bóg prawdziwy, bracie jest
      jeden.

    • Wasz
      jeden, naszych jest wielu.

    • Jeden
      jest bóg dla wszystkich ludzi.

    • Doprawdy?

    • Posłuchajcie
      mnie,dobry człowieku, przybywamy do ciebie, gdyż wódz wasz,
      a twój zięć, wypędził ze swego domu sługi pana.

    • Mnie
      nic do tego – chciał ich wyminąć, ale zastąpili mu drogę.

    • Przeciwnie.
      Jego zuchwalstwa nie może tolerować nasz pan i jego sługi.
      Cierpieniem mógłby przypłacić to cały wasz lud, czego z
      pewnością nie chcecie.

    W Ulfie zakipiało, opanował się jednak.

    • Nie
      zwykłem wdawać się w czcze dyskusje z szantażystami – próbował
      nadać swemu głosowi spokojny ton, twarzy zaś kamienny wyraz, choć
      gniew wzbierał w nim z każdą chwilą.

    • To
      nie szantaż, ale dobra wola. Dajemy wam szansę, byście mogli w
      porę zapobiec nieszczęściu.

    • Mnie?
      A czemuż to właśnie mnie?

    • Boście
      przecie człowiek prawy i roztropny.

    • Cóż
      więc miałbym uczynić? - uniósł brew.

    • Przekonajcie
      zięcia, by usłuchał naszego nawoływania i odwrócił się
      od fałszywych bogów, a lud wasz żyć będzie w spokoju i
      dostatku, wy zaś zostaniecie przez pana szczególnie
      docenieni i sowicie nagrodzeni.

    • Powiadacie,
      żem człowiek prawy i roztropny. Wiedzcie więc, że prawy
      wystarczająco, by nie dać się kupić i roztropny dostatecznie by
      nie mieszać się w sprawy bogów.

    • Pomyślcie
      rozsądnie, macie przecie dwie piękne córki, a one nie
      zdążyły jeszcze dać wam wnuków.

    • Od
      córek moich łapy precz! - tego dla Ulfa było już zbyt
      wiele.

    Pod opończami dwóch towarzyszy mówiącego
    błysnęło polerowane żelazo.

    • Odejdzcie
      stąd i zostawcie nas w spokoju, zabierzcie wasze miecze i waszego
      boga, inaczej to wy zobaczycie jego oblicze szybciej niż byście
      sobie tego życzyli.

    • Myśleliśmy,
      że człekowi takiemu jak ty da się przemówić do rozsądku
      – ton przybysza i sposób wysławiania straciły wyraźnie
      na uprzejmości – Widzimy jednak, poganinie, że głupota twoja i
      zatwardziałość w grzechu są wielkie. Bądz więc przykładem dla
      równich sobie.

    Nim Ulf zdołał zorientować się w sytuacji poczuł
    jak w jego prawy bok zagłębia się szerokie ostrze. Zbladł, a
    kolana ugięły się pod nim. Krew trysnęła na twarz napastnika.
    Wiking wyprostował się jednak i zebrał całą siłę woli, jaką
    posiadał. Jednym ruchem wyrwał miecz z rąk nieproszonego gościa i
    prostym cięciem rozpłatał jego czaszkę.

    • To
      wy jesteście tu gośćmi a ja gospodarzem. Chciałem ugościć was,
      jak potrafię, jednak tak na tych ziemiach kończą goście, którzy
      nie potrafią uszanować swego gospodarza.

    Po tych słowach pobladł jeszcze bardziej, czując
    jednocześnie drugie ostrze przebijające brzuch. Czuł jak siły go
    opuszczają. W tym momencie usłyszał za sobą głos nadbiegającego
    Arakiela.

    • Ulf!

    Młody człowiek biegł co sił w nogach. Poczuł
    bowiem, że dzieje się coś niedobrego. Dotarł jednak na miejsce za
    późno. Widział z daleka jak Ulf osuwa się na ziemię, w
    kałużę własnej krwi tryskającej z poranionego ciała. Słyszał
    jak jego dobroczyńca wydaje z siebie krzyk, władczym, mocnym mimo
    swego stanu głosem.

    • Bądzcie
      przeklęci wszyscy troje! Niech będzie przeklęty wasz bóg,
      którego imię hańbicie! Obyście nigdy nie zaznali spokoju
      ani w tym, ani w innym życiu!

    Widział też dwóch odchodzących mężczyzn w
    czarnych opończach i trupa trzeciego,tak samo jak tamci odzianego.
    Biegł przed siebie, nie zwalniając ani na moment. Czuł jak mgła
    przesłania mu oczy, jak zachodzą one krwistą czerwienią. Gniew
    ogarniał go z nieprawdopodobną siłą. Cały stał się gniewem.

    Gdy
    ocknął się z dziwnego zamroczenia stał ze zbroczonym krwią
    mieczem w uniesionej dłoni, a u jego stóp leżały dwa
    owinięte czarną tkaniną trupy, w których nie dałoby się
    już rozpoznać nieproszonych przybyszów. Ręce aż po łokcie,
    jak i twarz umazane miał we krwi. Nieopodal leżał Ulf, śmiertelnie
    blady. Podszedł i upadł obok niego na kolana. Wziął w ramiona
    ciało człowieka, który przez ostatni rok był mu jak ojciec
    i przycisnął do siebie.

    • Pomściłem
      cię. To moje podziękowanie za wszystko co dla mnie zrobiłeś.

    Na
    sino-bladych ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

    • Opiekuj
      się nimi. - wyszeptał niemal bezgłośnie.

    • Będę,
      obiecuję.

    Ciało starszego mężczyzny bezwładnie osunęło się
    w jego ramionach, twarz znieruchomiała. Białowłosy dłonią
    zamknął jego powieki po czym wybuchł płaczem.

    Wraz
    z Ulfem odeszła gdzieś radość i beztroska jego bliskich, a w ich
    życie wkradł się cień, mroczny i złowieszczy. Gradowe chmury na
    jakiś czas opuściły pogrążonych w żałobie, czekając gdzieś w
    pobliżu na właściwy moment, by znów uderzyć. Był to
    bowiem dopiero początek tego zła, które miało się
    wydarzyć. Gothild za namową swych domowników przystał na
    to, by Arakiel zamieszkał wraz z nimi. Obaj byli zbyt dumni, by
    całkowicie zakopać wojenny topór, lecz postanowili nie
    stawiać oporu z uwagi na Brunhild i Kristinę, które ciężko
    przeżyły śmierć ojca. Więcej nie pojawiali się już w tamtych
    stronach przybysze w czarnych opończach.

    • Kristino,
      nalegam – nie znoszącym sprzeciwu głosem oświadczył Gothild.

    • Powiedziałam
      już, nie mam zamiaru wypędzać na cztery wiatry dziewczyny tylko
      dlatego, że skrzywdził ją jakiś bydlak. - odparła Kristina
      spokojnie.

    • Nadal
      twiedzisz, że dziewczyna jest bez winy?

    • To
      nie ma znaczenia.

    • Owszem,
      ma. Na co ci brzuchata służąca? Na niewiele taka się może zdać.

    Kristina prychnęła.

    • Na
      szczęście to jest moja służąca.

    • Ale
      ja jestem twoim mężem, panem tego domu i wodzem, jesteś mi winna
      posłuszeństwo.

    • No
      tak. Zapomniałam. To ty tu rządzisz. Pan i władca.

    • Przestań!

    • Zmieniłeś
      się Gothildzie. Nie poznaję już w tobie człowieka, którego
      pokochałam.

    • To
      ty się zmieniłaś.

    • Bo
      nie jestem już wpatrzona w ciebie jak w obrazek i nie przytakuje
      każdemu twemu słowu, choćby było i najgłupsze?

    • Jak
      śmiesz tak się do mnie zwracać!

    • Śmiem,
      więc jeśli chcesz wyrzuć mnie razem z tą biedaczką, która
      nie ma prawa do godnego życia, bo na nic ci się nie może przydać.

    • Dość
      tego! Zamilcz, kobieto!

    Z
    oczu Kristiny posypały się iskry.

    • Nie
      podnoś na mnie głosu – powiedziała powoli cedząc każde słowo.

    • Jestem
      twoim mężem i mam do tego pełne prawo.

    • Nie
      masz do tego żadnego prawa – usłyszeli za sobą głos. Oboje się
      odwrócili. Za nimi stał Arakiel.

    • A
      ty jakim prawem...

    • Prawem
      szacunku dla kobiety, która poświęciła ci całe swoje
      życie, oddała całe serce i całą miłość, którą w nim
      nosi. Jeśli nie potrafisz docenić skarbu jaki otrzymałeś nie
      masz wobec niej żadnych praw.

    • Przypominam
      ci, zuchwały przybłędo, że to ty jesteś na mojej łasce i w
      każdej chwili mogę przepędzić cię batami.

    • Spróbuj
      tylko to zrobić! - Kristina straciła panowanie nad sobą – Na
      nic innego cię nie stać wielki panie i władco? Na nic innego jak
      tylko przepędzanie każdego,kto jest ci niewygodny?

    Arakiel uciszył ją gestem.

    • Ze
      mną możesz zrobić co ci się żywnie podoba, Gothildzie, masz
      rację, to ja jestem na twojej łasce. Nie pozwolę ci jednak
      krzywdzić ani poniżać tej kobiety. Ona na to nie zasłużyła.

    Po tych słowach wyszedł. Za nim wyszła Kristina,
    pozostawiając wściekłego i upokorzonego męża samemu sobie.

    • Dziękuję
      – szepnęła mijając Arakiela.

    • Nie
      dziękuj, to mój obowiązek – odpowiedział znikając za
      drzwiami swojej sypialni.

    Gothild
    nie krzyknął więcej na Kristinę, uspokoił się i wyciszył. Nie
    przepędził także Arakiela, gdyż oznaczałoby to przyznanie się
    do błędu i uznanie, że boi się go. Obawiał się go w istocie,
    lecz z zupełnie innych powodów, z których w
    rzeczywistości oboje zdawali sobie sprawę. O tamtym fatalnym
    incydencie więcej nie wspomniał, nikt poza trójką
    uczestników się też o nim nie dowiedział. Lepiej było
    zostawić to i nie wywoływać wilka z lasu. Tak było najlepiej dla
    wszystkich, a w każdym razie wtedy tak im się zdawało.

    • Gothildzie,
      kochany mój, coś ty z nami zrobił... - Kristina ukryła
      twarz w dłoniach i rozpłakała się.

    Nie płakała od dawna. Nie należała do osób, z
    byle powodu trwoniących łzy,teraz jednak nie potrafiła znieść
    już bólu, jaki od dawna przepełniał jej serce. Nic już nie
    było tak jak dawniej. Bezgraniczne szczęście, jakie jeszcze
    niedawno wypełniało każdy jej dzień, zniknęło gdzieś,
    rozpłynęło się w gęstniejącej mgle. Czuła, że coś traci, coś
    co było w jej życiu najważniejsze.

    Nagle poczuła na ramieniu silną, męską dłoń.
    Podniosła głowę i odwróciła się. Za nią stał Arakiel i
    wpatrywał się w nią oczyma pełnymi smutku.

    • Odejdz
      – powiedziała - chcę zostać sama.

    • Nie
      zostawię cię samej. Nie mogę patrzeć jak cierpisz.

    • Nie
      możesz mi pomóc.

    Nie zauważyła, że tym razem w jego oczach zabysły
    łzy. Zdołał je jednak powstrzymać.

    • Czy
      nie wystarczy, że jestem? - zapytał łamiącym się głosem – Że
      nie musisz być teraz sama?

    • Chcę
      być sama.

    • Czasem
      jednak potrzebny jest ktoś, na czyim ramieniu mogłabyś się
      wypłakać. Każdemu potrzebne jest ciepło drugiego człowieka,
      oparcie w trudnych chwilach.

    • Mam
      przecież Brunhild. I Helriga.

    Opuścił głowę.

    • Wybacz.
      Myślałem, że... że może mógłbym być ci potrzebny, ale
      skoro...

    • To
      ja przepraszam – dopiero teraz zwróciła uwagę na jego
      bezgranicznie smutne oczy, szklące się od wstrzymywanych łez –
      i dziękuję. Dziękuję, za twoją przyjaźń, za dobre słowa...za
      wszystko.

    • Wszystko...
      – powtórzył cicho. Tak cicho, by tego nie usłyszała –
      Dałbym ci wszystko, gdybyś tylko zechciała. Ale ty nie chcesz...

    Usiadł obok niej i delikatnie objął. Położyła
    głowę na jego ramieniu i znów wybuchnęła płaczem.

    • Och
      Arakielu... co on zrobił z naszą miłością...

    Nie umiał jej na to odpowiedzieć. I nie chciał.
    Przyciągnął ją tylko mocno do siebie i tulił w ramionach. Ta
    chwila była dla niego najpiękniejszym,co mogło go w życiu
    spotkać. Móc trzymać ją w objęciach... to było znacznie
    więcej, niż kiedykolwiek mógł choćby marzyć. Wtulił
    twarz w jej włosy i rozkoszował się tą chwilą,prawdopodobnie
    jedyną, jaka była mu dana. Chciał ją na zawsze zapamiętać, na
    pamięć nauczyć się jej zapachu, ciepła jej ciała, dzwięku
    głosu, wszystkiego tego, do czego mógłby tęsknić w długie,
    samotne noce. Gdyby mógł zatrzymać czas, zrobiłby to
    właśnie teraz.

    • Miałeś
      rację – odezwała się wkońcu – dobrze jest wypłakać się na
      czyimś ramieniu, poczuć, że jest jeszcze na świecie ktoś, komu
      na mnie zależy.

    • Dziękuję
      że to mówisz. To dla mnie wielka radość być ci
      potrzebnym.

    • Gdybyś
      tylko umiał naprawdę ukoić mój ból... - wyszeptała
      z nadzieją że on tego nie usłyszy.

    Usłyszał jednak. Te słowa zbudziły w nim nadzieję,
    której nigdy nie ośmielił się żywić. Powoli, ostrożnie
    zbliżył twarz do jej twarzy. Dotknął wargami jej ust. Odskoczyła
    jak oparzona.

    • A
      ja myślałam, że naprawdę jesteś moim przyjacielem! - krzyknęła
      oczami miotając pioruny.

    Zanim
    zdążył powiedzieć cokolwiek wymierzyła mu siarczysty policzek,
    po czym pobiegła w stronę dworu.

    Został
    sam. Tak bardzo samotny jak nigdy dotąd i bazsilny jak dziecko.

    Od
    tamtego dnia Kristina unikała Arakiela. Starała się nie znajdować
    w jego pobliżu, nie patrzeć na niego. Ignorowała całkowicie jego
    obecność, jakby nie istniał, jakby nie odróżniał się od
    powietrza. Jego świat natmiast rozbił się na drobne kawałki.
    Tylko jedno już trzymało go przy życiu. Musiał ją chronić.
    Choćby z daleka, tak , by o tym nie wiedziała. Obiecał to jej
    ojcu...i samemu sobie.

    • Widzę
      jak na nią patrzysz – Helrig spojrzał przyjacielowi głęboko w
      oczy. Jego wzrok potrafił przewiercać na wylot.

    • To
      nie ma już żadnego znaczenia.

    • Wiem,
      ale nie mogę patrzeć jak cierpisz. Jesteś mi jak brat i jak
      rodzonego brata cię pokochałem, nie chcę widzieć tej rozpaczy w
      twoich oczach, która wydaje się nie mieć dna.

    • Nic
      nie możesz zrobić, ale dziękuję, że to mówisz.

    • Chcę
      tylko byś wiedział, co myślę. Z tobą byłaby o wiele
      szczęśliwsza, ty kochałbyś ją tak, jak na to zasługuje.
      Pragnął bym tego, bo ty jesteś dla mnie jak brat, a ona jak
      siostra, pragnąłbym szczerze waszego szczęścia.

    • Nie
      byłaby ze mną szczęśliwa. Ona mnie nie kocha. Nie dałoby jej
      radości nic, co mógłbym jej ofiarować.

    • Dlaczego
      miłość jest taka ślepa...

    • Ty
      masz swoją Brunhild i ciesz się tym. Nie dręcz się mną, to nic
      nie da.

    • Twoja
      żona wciąż płacze z twojego powodu – stwierdził Arakiel
      siadając na ławie naprzeciw Gothilda.

    • To
      nie jest twoja sprawa – odburknął tamten w odpowiedzi pociągając
      solidny łyk piwa.

    • Owszem
      jest. Obiecałem jej ojcu w chwili śmierci, że będę chronił
      jego córki.

    • Za
      Brunhild tak się nie wstawiasz.

    • Bo
      ona ma męża, który potrafi docenić jaki klejnot ma przy
      sobie.

    • A
      ja nie umiem, tak?

    • Nie,
      nie umiesz.

    • Obrońca
      cudzych żon się znalazł – Gothild wstał i juz chciał odejść,
      gdy nagle stracił panowanie nad sobą.

    • Wiesz
      od kiedy to się zaczęło? Od kiedy między nami przestało się
      układać? - wyrzucił z siebie jednym tchem- Odkąd pojawiłeś się
      ty! Przyszedłeś znikąd i zawróciłeś w głowie mojej
      żonie! Pojawiłeś się nagle i odebrałeś nam spokój!
      Przeklinam dzień, w którym zjawiłeś się w moim domu i w
      którym moja własna żona ocaliła to twoje nędzne życie!

    • To
      dokładnie tak jak ja... - szepnął Arakiel i wyszedł z jadalni.

    Jeszcze
    tego dnia Arakiel odszedł. Nie pożegnał się ani z Helrigiem ani z
    Brunhild, ze stachu, że mogliby go zatrzymywać. Prędzej czy
    później przecież po prostu o nim zapomną, nie było więc
    sensu wszystkiego jeszcze bardziej komplikować. Oni jednak nie
    zapomnieli. Długo jeszcze pozostał w ich sercach jako ktoś bliski,
    ktoś za kim warto tęsknić. Kristina jednak odetchnęła z ulgą,
    gdy dowiedziała się o jego zniknięciu. Między nią a mężem znów
    zaczęło dziać się coraz lepiej. Zdawało się, jakby to właśnie
    obecność Arakiela rzucała cień na ich niegdyś przecież
    szczęśliwy związek. Teraz jego już nie było, a oni mogli znów
    być sobą, oboje. Gothild znów stał się czuły i
    wyrozumiały, opadło z niego napięcie, które to właśnie
    niszczyło jego spokój, doprowadzało do szaleństwa i
    popychało do gwałtownych, agresywnych słów i czynów.
    A może był to strach...? Strach przed tym, że mógłby ją
    utracić. Tymczasem spokój nie mógł trwać zbyt długo.
    Mieszkańców dworu i nie tylko ich zaczęło niepokoić coś
    zupełnie innego.

    • Na
      twoim miejscu wodzu, nie byłbym taki prędki w unoszeniu się
      honorem – spod kaptura czarnej opończy błysnęły w uśmiechu
      białe zęby. - Zapomniałeś już, co spotkało twojego teścia za
      jego zatwardziałość?

    • Nie,
      nie zapomniałem.

    • Widzisz
      więc, twoja piękna żona straciła już ojca, nie chcesz chyba by
      straciła też męża.

    • Mojej
      żony w tonie mieszajcie.

    • Zastanów
      się dobrze, masz na to dwie niedziele, czcigodny wodzu. Wtedy
      wrócimy do rozmowy i liczymi na twój rozsądek.

    Zapomniałeś
    już kim jesteś i do czego zostałeś stworzony? Ty jesteś przecież
    pierwszym sługą pana i jego mieczem każącym bezbożników!”
    - silny, kobiecy głos grzmiał w jego głowie - “ To ty masz
    poprowadzić do zwycięstwa świętych pańskich! Tymczasem stajesz w
    obronie pogańskich bóstw, bałwanów i ich
    czcicieli!Twój pan nie jest z ciebie zadowolony!Nie zawiedz
    go. Pamiętaj...”

    Gothild
    obudził się zlany potem. Pamiętał każde jedno słowo, jakie
    usłyszał w tym dziwnym śnie. Ze zdumieniem stwierdził, że głos
    miał rację. To on zbłądził i musi czymprędzej zawrócić,
    nim będzie za późno. Nie do końca rozumiał co to wszystko
    miałoby właściwie znaczyć, lecz w tej chwili wydawało mu się to
    nieistotne. Podjął decyzję.

    • Opętali
      was, wodzu! – krzyczał postawny, wielki mężczyzna, właściciel
      długiej, rudej brody.

    • Oni
      na niego rzucili urok! – wtórował mu inny.

    Jeden ze starców uciszył ich gestem dłoni.

    • Wodzu,
      nikt z nas nie rozumie tego, o czym mówicie. Czy nic już nie
      znaczą dla was nasz honor, wiara naszych ojców, nasza duma i
      wola walki, którą przekazali nam ci, którzy byli
      przed nami? Czy za nic macie śmierć waszego teścia, którego
      krew woła z ziemi o pomstę?

    • Jego
      już pomszczono.

    • To
      prawda, pomścił go człowiek, którego wzamian wypędziliście
      ze swego domu.- krzyknął ktoś kolejny.

    • Powtarzam
      raz jeszcze. Przyjmiemy po dobroci to, co przynoszą nam misjonarze.
      Dla waszego własnego dobra.

    • Nie
      poznaję was, wodzu Gothildzie – westchnął starzec.

    • A
      ja owszem – Helrig wstał i odezwał się poraz pierwszy.
      Uprzednio siedział zamyślony, jakby nad czymś głęboko się
      zastanawiał.

    Wszystkie oczy zwróciły się na niego.

    • Nie
      proście bym tłumaczył, to zbyt skomplikowane, i tak byście nie
      zrozumieli.

    • Fakt
      pozostaje faktem – stwierdził starzec – Gothild Bjorgulfsson
      nie jest już godny, by być naszym wodzem. Przez swą postawę
      okrył się hańbą. Musi spotkać go za to kara.

    • Odbierzcie
      mu władzę, to wystarczająca kara. Nie krzywdzcie go, on jest
      tylko narzędziem. Niewolnikiem w ręku większych od siebie... Nic
      nie może na to poradzić.

    • O
      czym mówicie Helrigu?

    • Zbyt
      długo tłumaczyć...

    A więc niech tak będzie. Od dziś Gothild nie jest już
    naszym wodzem i nie ma nad nami żadnej władzy. Wy go zastąpcie,
    Helrigu. Wy nas poprowadzcie przeciw wrogom. Jesteście mądrzy i
    odważni, na waszym honorze nie ma ujmy, powiedziecie nas ku
    zwycięstwu, albo ku Valhalli.

    Tego
    dnia karty się odwróciły. Helrig jako nowy wódz
    przystąpił od razu do działania. Oddziały wikingów
    sposobić się zaczęły do walki z nieproszonymi gośćmi. Ci zaś
    widząc, że szantażem nic nie osiągną, także ostrzyli już oręż.
    Posiłki nadciągały ze wszystkich stron w zastraszającym tempie.
    Wódz Helrig nie mógł zrozumieć na co jeszcze tamci
    czekają, lecz obawiał się atakować pierwszy. Gothild pozostał w
    dworze, który był teraz własnością jego kuzyna. Helrig nie
    miał sumienia przepędzić krewnego, który to niegdyś się
    nim zaopiekował, mimo, iż właśnie tak radzili mu mądrzy starcy.

    Były
    wódz popędził konia. Gnał galopem przed siebie, jakby ktoś
    deptał mu po piętach. Na skraju lasu stopniowo zaczął zwalniać.
    Rozglądał się wokół siebie, jakgdyby czegoś szukał. A
    może kogoś? Wreszcie wjechał pomiędzy gęste, wysokie zarośla i
    tam zniknął. Kierował się ku niewielkiej polanie skąpanej w
    migotliwym świetle księżyca. Tam zatzymał się i zwinnie
    zeskoczył z konia. Ledwie zdążył obrócić głowę, wokół
    niego znaleźli się ludzie owinięci szczelnie w czarne opończe.
    Było ich siedmiu, na głowach mieli głęboko naciągnięte kaptury,
    które skutecznie zasłaniały twarze. Stali w okręgu
    otaczając ze wszystkich stron swego gościa. Gothild skłonił się
    im. Odpowiedziała mu jednak niepokojąca cisza.

    • Czekaliśmy
      na ciebie – odezwała się wkońcu jedna z postaci.

    • Wybaczcie
      czcigodni ojcowie – wiking pochylił głowę – Nie miałem
      możliwości przybyć wcześniej.

    • Taaak
      – odparł tamten przeciągle- to, że twoje możliwości ogólnie
      nie są wielkie, już wiemy – zawiesił na chwilę głos, po czym
      kontynuował – A szkoda...oj szkoda. Liczyliśmy na ciebie. Nasz
      pan na ciebie liczył. A ty zawiodłeś go poraz kolejny. Tak, tak,
      zawiodłeś wiele razy, a zawsze winna była ta kobieta. Nigdy nie
      potrafiłeś zrozumieć, że ona nie jest dla ciebie... Trzymasz się
      tej upadłej niewiasty jak tonący brzytwy. I cóż ci z tego
      przyszło? Jak dotąd nic dobrego.

    • Przynoszę
      wieści. - udało mu się wkońcu wtrącić.

    • Mów
      więc, może na coś nareszcie się przydasz. No na co czekasz?

    • Jedno
      musicie mi obiecać.

    • Doprawdy?
      Musimy?

    • Nie
      zapominajcie, że mimo wszystko jesteście ode mnie zależni.

    Zakapturzony chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz
    jeden z jego towarzyszy uciszył go gestem dłoni.

    • Niech
      mówi.

    • Cokolwiek
      by się stało, jakkolwiek potoczą się losy nas wszystkich, nie
      skrzywdzicie mojej żony. Jej jednej pozwolicie odejść w pokoju.

    Wszyscy siedmioro roześmiali się.

    • Jakaż
      miłość do kobiety potrafi być zgubna... - teatralnie westchnął
      jego rozmówca – Ale jak sobie życzysz. Ją jedną puścimy
      wolno. A teraz mów co wiesz.

    • Wszyscy
      siedmioro przysunęli się bliżej i otoczyli Gothilda ciaśniejszym
      jeszcze kręgiem. On zaś zaczął opowiadać. Długo i szczegółowo
      zdawał relację z przygotowań do walki po stronie wikingów.
      Tamci słuchali uważnie, ważąc każde słowo. Kiedy skończył
      czarne postacie oddaliły się pospiesznie. Gothild stał jeszcze
      jakiś czas i wpatrywał się w wieczorne niebo nad sobą.
      Rozmyślał. Polana pogrążała się tymczasem w coraz większym
      mroku, noc zapadała i chłód stawał się coraz bardziej
      dokuczliwy.

    • Dlaczego?
      Dlaczego my zawsze musimy stać po przeciwnych stronach...-
      wykrzyczał ku gwiazdom blado migoczącym na granatowym sklepieniu
      nieba.

    W tym momencie poczuł jak czyjaś silna ręka zaciska
    się niczym kowadło na jego ramieniu. Wrócił do
    rzeczywistości. Dopiero teraz ich zauważył, choć musieli tak stać
    już od dłuższej chwili. Po obu jego stronach stało dwóch
    rosłych wikingów. Znał ich, to byli dawniej jego wojownicy.

    • Nasz
      wódz ma dla ciebie zbyt miękkie serce. Wiedzieliśmy, że to
      niedobrze zostawiać cię przy życiu, parszywy szpiegu i zdrajco.

    • Więc
      postanowiliście sami wymierzyć mi sprawiedliwość? - starał się
      nadać swemu głosowi kpiący ton, nie był w stanie jednak
      zapanować nad jego drżeniem.

    • To
      zdaje się najlepsze co możemy zrobić.

    W drugiej ręce tego, który trzymał Gothilda ni
    stąd ni zowąd pojawił się nagi miecz. W mgnieniu oka stal
    błysnęła mu przed oczami. Zacisnął powieki. Nie poczuł bólu
    ani słabości, nie poczuł nic, prócz tego, że żelazny
    uścisk na jego ramieniu się rozluźnił. Usłyszał szczęk
    spadającej broni i szelest trawy. Otworzył oczy. Stał nadal w tym
    samym miejscu,nikt go jednak nie trzymał. Przed sobą zobaczył
    drugiego napastnika. Tamten jednak był już daleko. Biegł przed
    siebie na oślep a tumany kurzu unosiły się za nim. Kątem oka
    zauważył też zarys ludzkiej sylwetki znikającej w zaroślach.
    Oprzytomniał. Rozejrzał się pospiesznie w poszukiwaniu swego
    konia, nigdzie jednak nie było zwierzęcia widać. Nie zastanawiając
    się ani chwili rzucił się pędem przed siebie. Biegł na oślep,
    noc bowiem już zapadła, a las był gęsty i ciemny. Co chwila
    potykał się o coś i upadał, ranił twarz zahaczając o niskie
    gałęzie. W ustach czuł smak krwi. Szkarłatna ciecz zalewała mu
    oczy. Znów upadł. Próbował się podnieść. Na
    próżno. Stopa zakleszczyła mu się i mimo szarpania nie dała
    się uwolnić. Jego wzrok zdążył przyzwyczaić się już do
    ciemności, widział więc teraz wyraźniej. Obejrzał się za
    siebie. Ku niemu szedł drugi z wikingów, ten który
    uciekł na widok jego wybawcy. W dłoniach coś trzymał, lecz z
    daleka trudno było rozpoznać przedmiot.

    • No,
      teraz cię mam. Zostawił cię? Widzisz, zdrajców prędzej
      czy później opuszczają wszyscy, bo wszyscy się takimi jak
      ty brzydzą.

    Mężczyzna zatrzmał się w dość dużej odległości
    przed mocującym się z uwolnieniem stopy Gothildem. Wszystko
    wydarzyło się tak szybko, że były wódz ledwie zdołał
    zorientować się co się dzieje. Tamten uniósł rękę
    trzymającą przedmiot, który teraz błysnął wśród
    ciemności. Rozległ się krótki świst. Gothild skulił się
    w sobie przygotowany na cios nie mogąc już nic więcej zrobić. W
    tym samym momencie mignęła mu przed oczmi jakaś postać i
    zasłoniła widok. W następnej chwili ktoś osunął się na ziemię
    tuż przed nim, a w oddali rozległ się znajomy głos.

    • Bjorn!
      Stój! Co ty na wszystkich bogów wyprawiasz.

    Zza drzew wyłonił się Helrig prowadzący za uzdę
    parskającego niespokojnie konia.

    • To
      zdrajca! A tamten...

    Nowy wódz uciszył mężczyznę. Podszedł do
    leżących na ziemi dwóch postaci.

    • Helrig,
      ja...

    • Zamilcz
      Gothildzie. Starcy mieli rację, miałem dla ciebie zbyt miękkie
      serce, nie podejrzewałem nawet... - głos mu się załamał – że
      jesteś aż takim...że potrafiłbyś im wydać nas wszystkich.

    W następnej chwili Gothild poczuł silne szarpnięcie i
    jego stopa nareszice uwolniła się z pułapki, jednocześnie Helrig
    postawił go na nogi jednym, sprawnym, zdecydowanym ruchem.

    • Bjorn,
      zajmij się nim. Doprowadz do dworu. Żywego.

    Tamten skinął i przejął więźnia.

    • Weź
      mojego konia.

    Wojownik zarzucił oniemiałego Gothilda na grzbiet
    ogiera, sam wskoczył na siodło za nim. Po chwili zniknęli z pola
    widzenia Helriga. On zaś uklęknął obok leżącego na ziemi ciała.
    Poczuł jak cała krew odpływa mu z twarzy.

    • Arakiel...

    Wpatrywał się w trupio bladą, znajomą twarz poprzez
    mgłę oślepiających go niemal łez, które same cisnęły
    się do oczu. Podniósł ciało i przycisnął do siebie.

    • Dlaczego?
      Na wszystkich bogów, dlaczegoś ty to zrobił?

    • Przysięgał
      ją chronić – usłyszał za sobą kobiecy, spokojny głos.

    • Brunhild,
      ale...

    • On
      musiał. Tak będzie zawsze. Dopuki ona nie zrozumie... Jeżeli
      wogóle kiedykolwiek to się stanie...

    Podeszła i uklękła obok męża. Odgarnęła mu z
    twarzy włosy i mocno przytuliła. Wybuchł gwałtownym płaczem.
    Ukrył twarz w jej włosach i płakał jak dziecko nie wypuszczając
    z ramion martwego ciała.

    • Nie
      płacz, kochany. On tego właśnie chciał. Ponad wszystko pragnął
      ją chronić i sprawić, by była szczęśliwa. Po to się tu
      znalazł. Tylko po to pszeszedł przez studnię.

    • Więc
      dlaczego...

    • Naprawdę
      tego nie pojmujesz? Nie mógł dać jej szczęścia w inny
      sposób. To on jest jej szczęściem, Gothild, gdyby go
      utraciła...

    Helrig skinął głową. Wstał. Ona również.
    Otarła mu mokrą od łez twarz rękawem sukni. Ruszyli w kierunku
    domu. On niosąc na rękach ciało białowłosego mężczyzny, ona
    kilka kroków z tyłu, pogrążona we własnych myślach.

    Kristina
    pędem wybiegła na dziedziniec. Dopadła Bjorna prowadzącego przed
    sobą jej męża. Gothild miał spętane z tyłu ręce.

    • Kochany,
      coś ty zrobił... - z jej oczu tryskały łzy. - Jak ty mogłeś...

    • Wybacz
      mi. Ja musiałem. Nie mogłem inaczej.

    • Co
      teraz będzie? Z tobą? Z nami?

    • Nic
      się nie martw moja najukochańsza, ty jesteś bezpieczna.

    • A
      ty?

    Nic jej nie odpowiedział.

    • Wybaczcie
      pani, musimy czekać na wodza. - oznajmił wojownik.

    Po chwili w bramie pojawiły się dwie sylwetki.

    • Helrig!
      Brunhild! Proszę was... Zaklinam was na wszystko co... - krzyknęła
      Kristina, po chwili jednak zaniemówiła.

    Brunhild wyprzedziła męża i podeszła do siostry.
    Przytuliła ją mocno do siebie.

    • Kochana,
      ty wiesz, że nic nie możemy zrobić.

    • Wiem
      – jęknęła starsza z sióstr.

    • On
      niestety stoi po przeciwnej stronie. Dotąd wasza miłość wznosiła
      się ponad to, jednak teraz... wszystko się teraz zmieniło... Oni
      upomnieli się o niego – nie mogła powstrzymać łez – Nikt już
      nie może nic zrobić. On należy do innego świata niż my, czy
      tego chcemy czy nie.

    Tuliły się do siebie i płakały.

    • Dziękuję,
      że mam ciebie... gdyby nie ty...

    • Zawsze
      mamy siebie, co by się nie działo, moja kochana siostrzyczko, i
      zawsze będziemy miały.

    Helrig
    ułożył ciało, które niósł w ramionach, u stóp
    Kristiny.

    • Myślę...
      że chciałby się z tobą pożegnać – szepnął.

    • Ale...
      co on...

    • Gdyby
      nie on, teraz położyłbym tu twojego męża. - Helrig wstał i
      otarł łzy.

    Wzrokiem miotającym pioruny spojrzał na Gothilda.

    • Nie
      jesteś tego wart. Tak jak nie jesteś wart swojej kobiety...

    Zwrócił się do Bjorna.

    • Zwiąż
      go, zaknebluj i wtrąć do piwnic. Potem zróbcie z nim co
      chcecie.

    Ten skinął głową i popchnął więźnia przed sobą.

    • Kristina!!!
      - krzyknął Gothild nim został zakneblowany.

    Ona dotąd stała jak słup soli, nieobecna,
    zdezorientowana. Teraz odwróciła się i suchymi już, lecz
    przepełnionymi bezdennym smutkiem oczyma spojrzała za odchodzącymi.

    • Kocham
      cię – zawołała – zawsze będę cię kochać, mimo wszystko!

    Odwróciła się znów i spojrzała na
    Helriga.

    • Niech
      już będzie po wszystkim.

    • Będzie,
      moja mała siostrzyczko – pogłaskał ją po włosach – Ja
      osobiście nie mógłbym... Niech inni osądzą, a my im nie
      przeszkadzajmy.

    Obie kobiety pokiwały głowami. Kristina spojrzała na
    ciało leżące u jej stóp. Westchnęła.

    • Jego
      poświęcenie poszło na marne... i tak stanie się to, co miało
      się stać.

    • Przyszłość
      to nie tylko jutrzejszy dzień albo przyszły rok – Brunhild
      wyrwała się z zamyślenia – Wszystko dzieje się po coś. Czasem
      tylko trzeba trochę poczekać na efekty jakiegoś działania.

    Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz