Meaweteacha sefer II - Padół Łez, Epizod II "Bez przeszłości, bez przyszłości"

Zaczynało
powoli świtać. Morze cichło. Dawno już nie widziano w tych
okolicech takiego sztormu. Szalony żywioł topił wszystko, co
tylko ośmieliło się przebywać tej nocy na wodzie. Niszczycielska
siła oceanu... Z nastaniem poranka wicher cichł, a woda stawała
się znów spokojna i przejrzysta, nieokiełznane fale jeszcze
przed chwilą bijące szaleńczo o brzeg, rozbryzgujące się z
impetem o przybrzeżne kamienie teraz uspokajały się, opadały.
Gniew Njördhra poskromiony, czuwa nad nami Lord Odin i Thor.

Ostatnie
silniejsze, większe fale wyrzuciły na brzeg kilka potarganych
szmat. Nie...to bezwładne ludzkie ciała, ofiary gniewu Njördhra.
Wynurzające się zza fundamentów ziemii słońce rzuciło swe
pierwsze, jasne promienie na twarz jednego z rozbików. Było
to oblicze młodego mężczyzny, oblicze bardzo piękne, o
szlachetnych rysach, okolone aureolą przemoczonych białych niczym
śnieg włosów, sięgających poniżej pasa. Człowiek ten był
wysoki i postawny, z sylwetki typowy wiking- silny i twardy niczym
skała, na idealnie wyrzeźbionych mięśniach powiewały strzępy
mokrej, porwanej koszuli. Nie miał przy sobie broni, u pasa wisiał
jedynie na ostatniej nici rzemienia nieskazitelnie oszlifowany,
zdobiony finezyjnie róg. Wartość tego przedmiotu i tylko ona
wskazywała na to, iż mężczyzna ów musiał być wysoki
stanem i majątkiem. Leżał bezwładnie, nieruchomo, nie dając
najdrobniejszych oznak życia.

*
* *

- Teraz nad morze iść niebezpiecznie, pani. - sługa
nie dawał za wygraną- pan byłby wściekły, wiedząc, że cię
puściłem.

- Jeśli mnie nie puścisz, ja będę wściekła.
Czyjego gniewu boisz się bardziej, mojego czy Gothilda? - kobieta
zmroziła go wzrokiem jednocześnie spokojnym i złowrogim, iżby
spojrzenie mogło zabijać, biedny sługa leżałby już u jej stóp
bez ducha.

Ten wzrok znał cały dwór, łącznie z jego
panem i wszyscy bez wyjątku woleliby nigdy go nie oglądać.
Kristina Ulfdatter, oaza spokoju i harmonii, chwilami jednak zdawała
się zimna niczym lód, a zarazem nieobliczalna i gdy
zechciała- złowroga. Jedynie sam na sam z mężem podobno
przybierała postać ciepłej, delikatnej mgiełki, tak przynajmniej
mawiano. Nazywano ją Sercem Oceanu, gdyż jej natura przypominała
wodę morską w odróżnieniu do jej siostry Brunhild, która
z kolei była niczym ogień. Odkąd Brunhild poślubiła ciotecznego
brata wodza Gothilda było o czym we dworze plotkować, oj było. Już
jedna Kristina wystarczała w zupełności by nasycić wścibską
słóżbę, a co dopiero pospołu z jeszcze bardziej
nieokiełznaną siostrą. Jedno było dobre w nich obu, w stosunku do
swych mężów były niewiarygodnie czułe i kochające, bez
wahania wskoczyły by w ogień za nimi.

Kristina narzuciła na ramiona płaszcz i skierowała
się do drzwi.

- Pani, pozwól chociaż posłać z wami kilku
mężczyzn, nie będą wam przeszkadzać, lecz dobrze byłoby, gdyby
byli w pobliżu, by czuwać, aby żadna krzywda wam się nie stała.

Z dezaprobatą pokiwała głową, jednak po chwili
machnęła z rezygnacją dłonią.

- Niech będzie. Byleby nie podchodzili nie wzywani.

*
* *

Mężczyzna
powoli otworzył oczy. Leżał przez chwilę bez ruchu wpatrując się
w zamglony krajobraz. W miarę jak wracała mu świadomość, w jego
błękitnych oczach malował się coraz większy strach. Wytężał
skołowany umysł, za wszelką cenę próbował przypomnieć
sobie kim jest, skąd się tu wziął... cokolwiek. Daremnie. Nie
pamiętał, nic nie pamiętał. Gdyby nie przeszywający ból w
płucach i głowie nie byłby nawet pewny czy wogóle istnieje.
Próbował nieustannie znaleźć jakiekolwiek wspomnienie w
czeluściach swej pamięci jednocześnie usiłując złapać
powietrze. Potworny ból utrudniał mu oddychanie, a w głowie
huczało mu niemiłosiernie. Pokonując bezwład jaki ogarniał całe
jego ciało powoli podniósł się i rozejrzał. Wokół
leżało kilka jeszcze ludzkich ciał. Chwiejnym krokiem podszedł do
jednego z nich, uklęknął obok niego. Nie miał wątpliwości,
mężczyzna ten był martwy. Po kolei sprawdzał każde z ciał
starając się pokonać fizyczną niemoc. Spoglądał na twarze,
których nie poznawał, nie miał pojęcia kim są ci ludzie,
lecz jednego był pewien, żaden z nich już nie żył. Nagle poczuł
w piersiach nagłą falę okrutnego bólu, zachwiał się. Nie
był w stanie złapać tchu. Osunął się na kolana i gwałtownie
zwymiotował. Udało mu się jeszcze doczołgać kawałek wzdłuż
morskiego brzegu, lecz czuł, że zaczyna brakować mu powietrza, a
coraz silniejszy ból odbierał świadomość. Upadł twarzą
do ziemii nieprzytomny.

*
* *

Orzeźwiający
wiatr od morza pieścił jej twarz, delikatna, ciepła bryza
iskrzącymi się w promieniach słonecznych kropelkami opryskiwała
bose stopy. Przystanęła na chwilę, spojrzała w dal, na horyzont,
rozpuściła włosy, które rozsypały się po ramionach i
plecach szaloną, czarną jak węgiel burzą. Długo stała tak
wpatrując się w morskie odmęty, jakby tam szukając odpowiedzi na
dręczące ją pytania. Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia, ten
dotyk poznałaby zawsze. Obróciła się. Brunhild spojrzała
siostrze głęboko w oczy. Tak, ją także nękały te same pytania
na które nie była w stanie sobie odpowiedzieć.

- Nie mam pojęcia, co ma się dzisiaj stać
siostrzyczko, ale wiem, że to odmieni nas wszystkich...- powiedziała
w zamyśleniu.

- Miłość...nienawiść...gniew...i strach...oto co
widzę. Chwile piękne, niezapomniane i te, o których
chciałoby się nie pamiętać. Śmiech i łzy... - powtarzała
jakby w transie Kristina.

Młodsza siostra objęła ją i delikatnie przytuliła.

- Historia lubi się powtarzać – wyszeptała.

- Pani! - w ich stronę biegł jeden z mężczyzn,
których troskliwy sługa posłał z Kristiną.

Siostry obejrzały się na niego.

- Tam, na brzegu... - stanął przed swą panią
zdyszany – morze wyrzuciło sześciu ludzi. Jeden z nich jeszcze
żyje.

- Sztorm pozostawił pamiątkę – skwitowała dosyć
skwapliwie Brunhild.

- Weźcie więc tego człowieka, zanieście do dworu i
każcie troskliwie się nim zająć. - zakomenderowała żona wodza.

- Tak jest, pani – mężczyzna skłonił się i
pobiegł spowrotem do swych towarzyszy.

Kristina skinęła na siostrę.

- Chodz siostrzyczko, chyba znowu przyszło nam ocalić
kolejne ludzkie życie.

Obie roześmiały się serdecznie. Nie raz były już w
podobnej sytuacji. Często zdarzało się, że wzywano je do rannych,
chorych, rodzących kobiet. W swej osadzie znane były od dawna jako
utalentowane wiedźmy, choć one same nie lubiły być tak nazywane.
Nigdy nie uczyły się sztuk tajemnych, znały je tak po prostu, same
z siebie, twierdziły, że to u nich zupełnie naturalne, ich
integralna część.

Złapały
się za ręce i pobiegły przed siebie, w stronę dworu. Przez chwilę
znów poczuły się jak dawniej, gdy były jeszcze małymi
dziewczynkami i miały tylko siebie nawzajem.

*
* *

Brunhild
cicho otworzyła drzwi i weszła do jednej z gościnnych sypialni. Za
nią wślizgnęła się niczym cień starsza z sióstr.
Podeszły do śpiącego mężczyzny. Usiadły po obu skrajach
szerokiego łóżka. Długo lustrowały wzrokiem nieszczęsnego
rozbitka, po czym spojrzały na siebie.

- Jest taki...- zaczęła Kristina, lecz urwała
stwierdziwszy, że nie wypada. Zamrugała oczyma.

- Piękny? - pociągnęła ją za język bardziej
bezpośrednia Brunhild.

Starsza spłonęła rumieńcem.

- Owszem jest. - nie dawała za wygraną młodsza, która
najwidoczniej nie widziała nic niewłaściwego w takim wyrażaniu
się o nieznajomym mężczyźnie.

Kristina pochyliła się nad mężczyzną, położyła
dłoń na jego głowie, potem piersi. Przez chwilę siedziała w
skupieniu wsłuchując się w jego słaby oddech i skupiając myśli.

- Miał wiele szczęścia. Na dobrą sprawę dawno
powinien już nie żyć. Wypadając za burtę musiał bardzo silnie
uderzyć w coś głową, do wody wpadł najprawdopodobniej
nieprzytomny i nałykał się ogromnej ilości wody, ma jej jeszcze
pełno w płucach. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia w jaki
sposób nadal żyje.

Brunhild uśmiechnęła się tylko dziwnie, co jednak
nie umknęło uwadze siostry.

- Hmmm?

- A nie, nic.

- Mów- Kristina spojrzała siostrze w oczy tym
swoim mrożącym krew w żyłach wzrokiem, choć dobrze wiedziała,
że Brunhild jest jedyną osobą, na którą kompletnie to nie
działa.

- A w jaki sposób twój Gothild jeszcze
żyje po zeszłorocznej eskapadzie, albo jak mój Helrig
przeżył swój sławetny upadek z okna? A ja? Już w
dzieciństwie powinnam sobie krzywdę zrobić i to nie raz.

- My to co innego, sama wiesz, jacy my jesteśmy.

- A skąd wiesz, czy on...

Kristina wstała gwałtownie i wyszła szybkim krokiem,
trzaskając za sobą drzwiami.

- Kristina! U licha, przecież wiesz, że ja nie
umiem...- machnęła ręką. Domyślała się, co było powodem
reakcji siostry.

* * *

Kristina
wbiegła do swej sypialni zamykając drzwi na klucz. Rzuciła się na
łóżko i schowała twarz w miękką poduszkę. Nie miała
pojęcia dlaczego słowa siostry tak ją przeraziły. Czuła, że
zaczyna drżeć na całym ciele. Próbowała zrozumieć co się
z nią dzieje, wyjaśnić uczucie nagłego niepokoju jakie ją
ogrnęło. Zmęczona własnymi myślami, pytaniami bez odpowiedzi
usnęła.

*
* *

Brunhild
wpatrywała się długo jeszcze w twarz mężczyzny, która
wydawała jej się dziwnie znajoma. Doskonale wiedziała, że nie
mogła widzieć go nigdy wcześniej, zapamiętałaby. Nie mogła
jednak oprzeć się wrażeniu, że w jakiś nieznany sposób
jest jej bliski, że łączy ją z nim pewien rodzaj więzi. Cała
ich czwórka, ona, Kristina, Gothild i Helrig, wszystkich ich
od zawsze coś łączyło, chodz dwóch ostatnich miało
nieprzyzwoitą tendencję do rywalizowania ze sobą. Ten
mężczyzna...on z jakiś nieokreślonych powodów pasował do
nich, nie potrafiła patrzeć na niego jak na obcego, miała wrażenie
jakby był tu od dawna. Zamrugała kilkakrotnie odpędzając
uporczywe myśli.

*
* *

Gothild
zeskoczył z konia. Zdjął hełm, lśniące jasne włosy rozsypały
się wokół jego młodej, urodziwej twarzy.

- W końcu w domu- wyszeptał sam do siebie z
zadowoleniem i uśmiechnął się spoglądając w okno sypialni. Nie
dostrzegł płomienia świecy na parapecie, to znaczyło, że
Kristina już spała. Westchnął. Miał nadzieję, że żona jak
zwykle wybiegnie go powitać, lecz cóż...słońce chyliło
się już ku zachodowi, może miała ciężki dzień, ma prawo też
czasami być zmęczona.

Oddał staremu stajennemu wodze i ruszył w stronę
dworu. Odgłos jego kroków na schodach nie uszedł uwadze
szwagierki. Brunhild pochyliła się nad znalezionym na plaży
mężczyzną i wyszeptała mu coś do ucha, po czym nakryła
troskliwie skórami i wyszła na korytarz. Stanęła u szczytu
schodów opierając się o drewnianą balustradę.

- Witaj drogi szwagrze – oznajmiła z właściwym
tylko jej diabelskim uśmiechem, gdy tylko czubek głowy Gothilda
wyłonił się zza zakrętu.

Ten zaś uśmiechnął się szeroko. Nie wiedział za
co, ale ją lubił, nawet jej ironię, sarkazm i całą tę jej
wredną naturę.

- O! Moja najsłodsza, najmilsza szwagierka! -
wykrzyknął podchodząc do niej.

- Taaaak...z pewnością najsłodsza i najmilsza, innej
przecież nie posiadasz.

Oboje roześmiali się. Gdy chciał uściskać ją na
powitanie, jak zwykle odsunęła się z udawanym oburzeniem na
twarzy.

- Rączki przy sobie mości panie. Myślisz, że jak
jesteś wodzem, wszystko ci wolno? - posłała mu kolejny swój
diaboliczny uśmiech. Jakże on to uwielbiał. Pokiwał tylko głową
z rezygnacją uśmiechając się półgębkiem pod nosem i
poszedł dalej korytarzem w stronę swej sypialni. Nie zdąrzył
jeszcze dobrze złapać za klamkę, gdy usłyszał za sobą cichy,
radosny głos.

- Zamknięte.

Odwrócił głowę i spojrzał na szwagierkę
unosząc lekko brew.

- Słucham?

- Mówię przecież po norwesku. Zam-knię-te.-
usmiechnęła się słodko. Zbyt słodko.

Wybałuszył na nią oczy.

- Chcesz powiedzieć, że moja żona zamknęła się
przede mną? - zapytał na poły z niedowierzaniem, na poły z
irytacją.

- Nie. - zupełnie naturalnie, jakby nigdy nic odparła
Brunhild – przede mną.

Obróciła się na pięcie i tanecznym krokiem
ruszyła w kierunku własnej sypialni.

Gothild pokręcił głową, westchnął, wzruszył
ramionami i zaczął szperać w sakwie w poszukiwaniu klucza do
sypialni. Jedno nie podlegało wątpliwości, jeśli Brunhild
twierdziła, że coś jest zamknięte, to z pewnością było
zamknięte.

- Aby zrozumieć tę kobietę trzeba być nie lada
mędrcem – wymamrotał przekręcając klucz w zamku.

*
* *

Brunhild
zapaliła świecę. Usiadła ciężko na krześle obok okna i zaczęła
rozczesywać leniwymi ruchami włosy.

- Czemu ja mam niejasne wrażenie, że tu jeszcze wiele
się wydarzy... - powiedziała sama do siebie przyciszonym głosem.

*
* *

Gothild
spojrzał na śpiącą żonę. Spała w ubraniu, z twarzą ukrytą w
poduszce. Usiadł na skraju łóżka i pogłaskał delikatnie
jej włosy. Westchnął. Obrócił ją na plecy i okrył kocem.
Sam także czuł już zmęczenie ogarniające całe ciało i umysł.
Rozebrał się, zasłonił okna i położył się obok Kristiny.
Przytulił ją. Przez sen wtuliła głowę w jego nagi tors.
Mężczyzna owinął się skórami i błyskawicznie usnął.

*
* *

Helrig
spojrzał na unoszący się na niebie księżyc w nowiu. Wstrzymał
konia. We dworze wszyscy zapewne już spali, nie było sensu pojawiać
się z samego rana po dwóch bezsennych nocach, i tak by nie
odpoczął. Uśmiechnął się do własnych myśli. Zeskoczył z
grzbietu zwierzęcia i uwiązał je przy pobliskim drzewie. Rozpalił
ognisko. Wyjął z torby resztki prowiantu i począł posilać się
przed snem. Z garncem mocnego piwa w dłoniach zbliżył się do
ognia, by ogrzać zmarznięte kończyny.

  • Czym
    się martwisz moja kochana? - wyszeptał pytanie gdzieś w
    przestrzeń, po czym upił solidny łyk trunku.

*
* *

Brunhild
obudziły pierwsze blade promienie słońca. Ziewnęła przeciągle,
rozprostowała ciało po czym wstała i podeszła do okna. Poczuła
rosnący w niej nagle nipokój, coś kazało jej jak najprędzej
wyjść z pokoju. Ubrała się więc pośpiesznie i wyszła na
korytarz. Kroki same poniosły ją do pokoju, w którym wczoraj
ułożono rozbitka. Weszła cicho i podeszła do łóżka.
Mężczyzna nadal był nieprzytomny, z tym, że jego twarz była
jeszcze bledsza, biała niczym oblicze śmierci, usta sine, oddychał
coraz słabiej, ledwie wyczuwalnie. Brunhild przyłożyła dłoń do
jego czoła, był niewiarygodnie zimny. Mocniej otuliła go skórami
i wybiegła z pokoju.

Na
korytarzu niemal wpadła na wtulonych w siebie siostrę i szwagra.

  • Kristina,
    szybko!

Oboje obejrzeli się na nią zdumieni.

  • Twoja
    szalona siostra kiedyś mnie wykończy – westchął Gothild.

Kristina spojrzała na kobietę, która wyglądała
jakgdyby rażona piorunem.

  • Co
    się stało kochana? - zapytała ciepło.

  • Ten
    człowiek...

  • Jaki
    znowu człowiek na Odyna?! - Gothild miał już serdecznie dosyć
    zwariowanych poranków ze swą szwagierką w roli głównej.

  • Później
    ci wytłumaczę – zbyła go Brunhild – Kristina musisz mu pomóc.

  • Ale
    ja... - starsza z sióstr nie miała większej ochoty na
    spotkanie z tamtym mężczyzną.

  • Siostrzyczko,
    proszę – spojrzała na nią błagalnym wzrokiem, któremu
    siostra nie mogła się oprzeć nigdy i pociągnęła ją za rękaw.

Razem pobiegły do jednej z gościnnych sypialni.
Gothild nader skwapliwie powlukł się za nimi.

Brunhild
w jednej chwili dopadła łóżka, ukucnęła przy nim i
spojrzała na mężczyznę. Teraz jego oddech był jeszcze słabszy,
bardziej płytki, a twarz zaczynała przybierać siną barwę.
Kristina przycupnęła na skraju łóżka. Dłonią dotknęła
jego zimnego jak lód czoła, pokręciłą głową.

  • Będzie
    ciężko.

Napotkawszy błagalny wzrok siostry westchnęła ciężko
i zdjęła z szyi srebrny naszyjnik kształtem przypominający
rozwinięte w locie skrzydła ptaka. Wziełą go w obie dłonie,
przymknęła oczy szepcząc coś bezgłośnie. W tym momencie w
otwartych drzwiach stanął Gothild. Już miał zacząć narzekać,
ale Brunhild obróciła się i uciszyła go miażdżącym
spojrzeniem. Kristina położyła wisior na czole rozbitka wciąż
poruszając ustami w niedosłyszalnym szepcie. Dotknęła jego dłoni.
Spojrzała na siostrę uśmiechając się blado. Brunhild chwyciła
drugą dłoń mężczyzny, czuła jak jego ciało powoli rozgrzewa
się. Kristina tym czasem wciąż mamrocząc coś położyła obie
dłonie na jego piersiach. Siedziała tak z zamkniętymi oczami, w
skupieniu dłuższy czas, aż wreszcie zabrała ręce i podniosła
swój naszyjnik, zawiesiła go spowrotem na szyi i schowała
pod suknię. Człowiek leżący na łóżku oddychał teraz
coraz pewniej, swobodniej, siostry obserwowały jak umięśniona
klatka piersiowa unosi się powoli i opada. Jego twarz poczęła
wracać do w miarę normalnych kolorów, choć wciąż był
jeszcze bardzo blady. Brunhild uśmiechnęła się i uścisnęła
dłoń siostry. Kristina wyglądała na zmęczoną i wyczerpaną,
wzięła głęboki oddech.

  • No,
    udało się.

Przed chwilą jeszcze nie miała najmniejszej ochoty
ratować tego człowieka, teraz jednak ogarnęło ją nagłe uczucie
litości i współczucia, nawet więcej, niepotrafiła odnaleźć
właściwej nazwy dla ciepłego odczucia jakie w niej wywoływał.

  • To
    może teraz ktoś raczy mi łaskawie wytłumaczyć kim właściwie
    jest ten człowiek? - Gothild powoli tracił cierpliwość.

  • Później-
    odparły jednocześnie obie siostry obdarzając go zabójczym
    spojrzeniem.

Wódz westchnął ciężko i wyszedł z pokoju.

  • Brunhild,
    idz naparzyć kory dębu – zakomenderowała Kristina – tylko w
    ilości jak dla całej floty.

Młodsza z kobiet skinęła głową ze zrozumieniem i
pośpiesznie opuściła pomieszczenie.

Kristina przyglądała się mężczyźnie. Było w nim
coś znajomego, nie umiała sobie wytłumaczyć tego niejasnego
wrażenia. Poruszył lekko palcami prawej dłoni. Kristina
uśmiechnęła się blado. Jego powieki zaczęły powoli unosić się.
Wpatrywała się w niego siedząc nieruchomo. Spojrzał na nią
zamglonymi, błękitnymi oczyma, wiedziała jednak, że tępy ból
głowy przesłania mu wzrok.

  • Nie
    bój się – powiedziała ciepło – tu nie stanie ci się
    krzywda.

Miała wrażenie że uśmiechnął się nieznacznie na
krótką chwilę. Uśmiech ten, był jednak bardzo ulotny, gdyż
po chwili zamienił się w grymas bólu. Przyłożyła
delikatnie dłoń do jego czoła, przymknęła oczy. Poczuł
zbawienną ulgę, jej dotyk łagodził ból, mgła przed oczami
powoli zaczynała się rozwiewać. W miarę jak coraz ostrzej widział
jej twarz jego oblicze stawało się coraz spokojniejsze, wzrok
głębszy i bardziej przenikliwy, a jego źrenice zaczęły
nieznacznie się rozszerzać. Kristina zabrała dłoń i otworzyła
oczy. Ich spojrzenia spotkały się. Kobieta miała wrażenie jakby
kiedyś już spoglądała w te oczy. Jego usta poruszyły się lekko.
Wyszeptał coś bezgłośnie. Kristina potrząsnęła głową jakby
budząc się z jakiegoś otępienia i odwróciła wzrok w
stronę okna. Mężczyzna wpatrywał się w nią w dalszym ciągu jak
w obraz, w jego oczach malował się zachwyt.

Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Brunhild
niosąc olbrzymi dzban aromatycznego naparu. Całe pomieszczenie
napełniło się ostrym zapachem ziół. Położyła dzban na
szafce przy łóżku, z niej zaś wyjęła gliniany kubek.
Przystanęła i spojrzała na przytomnego już mężczyznę.
Uśmiechnęła się ciepło i radośnie.

  • Nie
    obawiaj się, nic ci tu nie grozi, a pod opieką mojej siostry
    szybko poczujesz się lepiej, jest najlepsza w swej sztuce.

Odwrócił głowę i spojrzał na młodszą z
sióstr. Na jej widok uśmiechnął się promiennie, jakby
zobaczył kogoś znajomego i bliskiego. Kobieta odwzajemniła
uśmiech.

  • Brunhild,
    miednica. - popędziła ją starsza siostra.

Młodsza pospiesznie wyszła.

Kristina natomiast nalała do kubka nieco naparu,
uniosła lekko głowę mężczyzny i przyłożyła naczynie do jego
ust.

  • Wypij
    to- powiedziała miękko zachęcając go życzliwym uśmiechem.

Próbował napić się pachnącego naparu, jednak
sprawiało mu to dość poważny kłopot. Każdy oddech wymagał
wciąż poważnego wysiłku i potęgował szarpiący płuca nieznośny
ból.

  • Wiem,
    że boli, ale musisz to wypić, tylko tak mogę ci pomóc –
    jej głos uspokajał go, dodawał sił, z trudnością zaczął
    połykać niewielkie ilości napoju.

W drzwiach pojawiła się Brunhild z miednicą w rękach.
Jej oczy rozszerzyły się, gdy usłyszała jak ciepłym i serdecznym
tonem jej siostra do niego przemawia.

  • Wiem,
    bardzo boli, ale robię to by ci pomóc, zobaczysz, pomęczysz
    się teraz, ale potem będzie już tylko lepiej. Zaufaj mi.

Brunhild podeszła i przycupnęła na łóżku z
drugiej strony, miednicę położyła przed mężczyzną, po czym
pomogła siostrze go podtrzymać. Kristina spokojnie, powoli poiła
go ziołowym naparem, wyręczona przez siostrę drugą dłoń
położyła na piersi mężczyzny. Jej kojący dotyk złagodził ból
do tego stopnia, że mógł pić nieco szybciej i pewniej.
Uniósł oczy znad kubka i spojrzał na nią z wdzięcznością.

Siostry odetchnęły z ulgą gdy pierwszy kubek się
opróżnił. Mężczyzna poczuł nagłe mdłości i zawrót
głowy. Pochylił się nad miednicą i zwymiotował. Kobiety
uśmiechnęły się do siebie. Brunhild ostrożnie położyła jego
głowę na poduszce. Przymknął oczy. Kristina odgarnęła włosy,
które opadły mu na twarz, delikatnie pogłaskała po
policzku. Wtulił się w jej dłoń.

- Wszystko będzie dobrze -szepnęła uspokajająco –
musisz jeszcze tylko trochę wytrzymać.

Pozwoliły mu odpocząć chwilę, po czym cały
ceremoniał zaczął się od nowa.

*
* *

- Co one na Odyna wyprawiają? - Gothild stojący
właśnie pod drzwiami zagadnął przechodzącego tamtędy sługę.

- A skąd mnie to wiedzieć, panie, jam człek prosty,
na czarach się nie znam- staruszek wzruszył ramionami i poszedł w
swoją stronę.

- No ładnie, południe przeszło, a one czary
odprawiają bez śniadania- Gothild pokręcił głową z rezygnacją,
wiedział, że nie ma sensu nawet tam wchodzić – Może one nie
bywają głodne, ale czy nie przyszło żadnej do głowy, że może
ja owszem... - narzekał kierując się schodami w dół, gdyż
nic innego mu nie pozostało.

Ledwie usiadł do stołu w jadalni, służba nie
zdąrzyła jeszcze podać śniadania, kiedy jakby nigdy nic dołączyły
do niego obie siostry.

- Tak, ledwie poczuły woń żarła, już przy korycie –
skomentował po chamsku.

- Cóż za niewybredne słownictwo – Brunhild
teatralnie załamała ręce – tak właśnie możni panowie zwykli
mawiać do dam.

- Brunhild, nie przesadzaj. Ileż na was można czekać?

- A sam nie mogłeś zjeść?

- Po to chyba mam rodzinę, bym nie musiał sam jadać.

Kobieta pokiwała głową z udawanym zrozumieniem.
Kristina tymczasem siedziała już obok męża i uspokajająco
głaskała jego dłoń. Kochała tego starego zrzędę. Fakt, że
narzekanie było, zwłaszcza ostatnimi czasy, jego ulubionym
zajęciem, ale w gruncie rzeczy był kochany i miał mnóstwo
zalet.

Do stołu w tym czasie podano.

- No więc, wytłumaczy mi ktoś w końcu z łaski swej,
co to za człowiek, który zburzył nam normalny rytm poranka?
- zapytał Gothild nalewając sobie kwaśnego mleka.

- Pojęcia nie mam – odparła ze stoickim spokojem
Brunhild.

Wódz wybałuszył na nią oczy, spojrzał
pytająco na żonę.

- Na mnie nie patrz, ja też nie wiem – Kristina
wzruszyła ramionami przełykając kęs chleba z serem.

- To ja mam wiedzieć? - Gothild tracił cierpliwość –
Zdaje mi się, że to wyście go tu przywlokły pod moją
nieobecność.

- Nie my, tylko twoi ludzie.

- Czy od was czasem można dowiedzieć się czegoś
sensownego?

Kristina uśmiechnęła się do męża słodko. Miała
pełną świadomość, że jego cierpliwość jest już na
wyczerpaniu.

- Kilku twoich ludzi znalazło go na plaży wczoraj
rano, po nocnym sztormie. Morze wyrzuciło ich sześciu, ale przeżył
tylko ten.

- A wyście oczywiście musiały się nim zaopiekować –
skwitował Gothild.

Kobiety wymieniły porozumiewawcze spojrzenie.

- Co złego to nie my – odparły jednocześnie.

Gothildowi w tym momencie opadły już ręce. Nie dawał
jednak za wygraną.

- Wasze miłosierdzie nie zna granic – stwierdził
sarkastycznie.

- Ależ gdyby nie my, umarłby. Przecież sam mówiłeś
wiele razy jak cenne jest każde ludzkie życie.

Gothild westchnął głęboko i wrócił do
spożywania śniadania. Te kobiety chwilami go przerażały.

* * *

Po
zakończonym posiłku wszyscy udali się do swoich zajęć. Brunhild
postanowiła jednak sprawdzić, jak czuje się teraz rozbitek. Weszła
do gościnnej sypialni i stanęła przy drzwiach. Spoglądała na
niego z daleka. Spał teraz spokojnie. Odetchnęła z ulgą. Już
miała odwrócić się i wyjść, gdy zauważyła, że jego
usta nieznacznie poruszają się we śnie, jakby chciał coś
powiedzieć. Podeszła bliżej. Mężczyzna poruszył się
niespokojnie. Jego usta znów się poruszyły.

  • Saulael...
    - wyszeptał ledwie słyszalnie.

Oczy Brunhild rozszerzyły się. Przez chwilę stała
jak zamurowana, próbując przypomnieć sobie gdzie słyszała
już to słowo. Była tego pewna. Słyszała je i dobrze znała. Nie
była jednak w stanie przypomnieć sobie skąd ani co ono oznacza. W
pewnym momencie jakby olśniło ją. Kolana ugięły się pod nią,
przysiadła na skraju jego łóżka. Imię... obco brzmiące
imię...bliskie...dobrze znane...Zakręciło jej się w głowie.
Poczuła się dziwnie, jakby spadała głową w dół, świat
wokół niej zawirował, przesłoniła go gęsta mgła. Nie
miała pojęcia ile czasu minęło, gdy nagle otrząsnęła się z
tego stanu. Wszystkie zmysły dawno już wróciły do normy,
znów widziała wyraźnie, jasno myślała, lecz pozostało
coś, jakiś niepokój, głęboko w niej. Wstała i pospiesznie
wyszła z pokoju.

*
* *

Brunhild
weszła do swojej sypialni i stanęła przy oknie spoglądając w
dal. Próbowała nie myśleć. Myśli bowiem jakie dręczyły
ją teraz były zbyt męczące, zbyt natarczywe. Oczyściła umysł.

  • Niepotrzeba
    zastanawiać się nad tym czego nie umiemy pojąć – powiedziała
    sama do siebie. Tak zawsze mawiał ich stary ojciec.

Właśnie...ojciec... On wiele wiedział, a jeszcze
więcej się domyślał, tak było zawsze. Nagle promienny, radosny
uśmiech rozjaśnił jej usta. Na dziedziniec wjechał jeździec na
kasztanowym ogierze. Zeskoczył z wierzchowca zwinnie i szybko.
Przyglądała mu się jak sprawnym ruchem zdejmuje hełm. Na plecy
opadły zaplecione w ciasne warkocze czarne niczym węgiel, lśniące
włosy. Brunhild nie było już przy oknie. Biegła schodami w dół.
Mocno pchnęła wejściowe masywne drzwi i wypadła na dziedziniec.
Rzuciła się w ramiona mężowi. On bez słowa uściskał ją czule,
podniósł do góry i obkręcił się z nią w ramionach
wokół własnej osi. Oboje śmiali się przy tym radośnie,
frywolnie niczym leśne elfy. Postawił ją znów na ziemi i
wpił się namiętnie w jej usta. Stali tak długo pogrążeni w
gorącym pocałunku. Brunhild odchyliła zmysłowo głowę w tył, w
jej oczach płonął ogień.

  • Może
    po prostu od razu zabierz ją do sypialni, drogi kuzynie. - przerwał
    im głos stojącego w progu Gothilda.

  • Wyśmienity
    pomysł – odrywając się od ukochanej Helrig spojrzał na niego z
    szelmowskim uśmiechem – ale najpierw się wykąpię, by nie
    musiała wdychać nieprzyjemnych zapachów towarzyszących
    mężczyźnie po długiej i męczącej wyprawie w pełnym rynsztunku
    – zaśmiał się serdecznie – no i posilę, by nie opuściły
    mnie moje męskie siły.

Teraz ku zgrozie zrzędliwego wodza to Brunhild wybuchła
niepohamowanym, szalonym śmiechem. Jej zachowanie zawsze wydawało
mu się zbyt wyzywające, niejednokrotnie wprost wulgarne, mimo całej
swej sympatii do szwagierki nie potrafił czasem tego ukryć. Miał
dość tradycyjne podejście do kobiet, wciąż twierdził więc, że
to im nie wypada a tamto nie przystoi. Cieszył się, że jego
Kristina ma w sobie więcej taktu i powściągliwości, a także
potrzebnej kobiecie uległości w stosunku do męża. Gdyby wiedział,
że ona dla świętego spokoju hamuje wiele naturalnych dla siebie
zachowań, ze względu wyłącznie na przewrażliwienie męża,
którego kochała ponad wszystko i dla którego zdolna
była do największych poświęceń, jego radość niechybnie by
znikła.

Wszyscy weszli spowrotem do domu, gdzie Brunhild
niezwłocznie wydała polecenia słóżbie. Po chwili siedziała
już przy stole z mężem, który posilał się w milczeniu,
towarzysząc mu i przyglądając się , śledząc z upodobaniem każdy
ruch.

  • A
    gdzie podziała się moja mała siostrzyczka? - zawsze tak mówił
    o Kristinie. Czuł do niej głębokie przywiązanie, prawdziwie
    braterską miłość, chęć opiekowania się nią, bezgraniczne
    zaufanie i zrozumienie. Wynikało to zapewne z faktu, że w
    dzieciństwie już przyjaźnili się i praktycznie razem wychowali.
    Gdy rodzice Helriga jeszcze żyli mieszkali w sąsiednich zagrodach,
    dopiero potem, po ich nagłej i tragicznej śmierci jego wuj, stary
    wódz zaopiekował się chłopcem i zabrał do dworu. Byli
    także daleko, lecz jednak spokrewnieni, babka Helriga po mieczu i
    dziadek Kristiny i Brunhild po kądzieli byli rodzeństwem. Znał
    więc obie siostry od zawsze, jednak Brunhild była kilka lat
    młodsza, więc w dzieciństwie najwięcej czasu spędzał ze swą
    rówieśniczką Kristiną. Potem ona wyszła za mąż za jego
    sporo starszego kuzyna, który po śmierci swego ojca objął
    rządy nad plemieniem i także zamieszkała we dworze. Wtedy Helrig
    interesował się już młodszą z córek Ulfa, wówczas
    szesnastoletnią, odkrył bowiem dlaczego zawsze od dziecka
    towarzyszyła mu jakaś dziwna w stosunku do niej nieśmiałość.
    Zrozumiał to dopiero wtedy gdy z dziewczynki przeobraziła się w
    kobietę. Niedługo potem poślubił ją. Choć obie pary były ze
    sobą już ponad dwa lata nadal nie doczekały się potomstwa. Obaj
    mężczyźni zaczynali już się martwić i podejrzewać najgorsze a
    ludzie bezlitośnie gadali. Kobiety jednak obydwie twierdziły że
    na wszystko przyjdzie czas.

  • Pewnie
    u niego – wzruszyła ramionami Brunhild - mam nadzieję, że już
    wszystko z nim dobrze. To naprawdę cud, że żyje, szkoda by
    było...

  • Chwileczkę...
    - tłuste udo, które Helrig właśnie obgryzał opadło
    bezwładnie spowrotem do misy. - O kim ty mówisz?

  • O
    tym człowieku, którego wyrzuciło morze.

  • Co
    to znowu za tajemnice? - spojrzał uważnie na żonę.

  • Och
    kochany, żadne tajemnice. Nie mówiłam ci jeszcze co się tu
    działo?

Pokręcił głową zaprzeczając.

  • Musiałam
    zapomnieć. Ludzie Gothilda znaleźli na plaży wyrzucone ciała
    sześciu rozbitków, rankiem po tamtym okropnym sztormie.
    Jeden z nich żył.

  • A
    tak, sztorm był rzeczywiście przerażający, jak żyję tak
    silnego nie pamiętam. Biedacy... co ich podkusiło wypływać w
    taką pogodę.

  • Sądzę,
    że byli na morzu już od dłuższego czasu i nie spodziewali się
    sztormu. Jeszcze rankiem tamtego dnia morze było przecież
    spokojne, a to nikt z okolicznych osad, nigdy nie widziałam tego
    człowieka, ani tamtych pięciu, którzy byli już martwi nikt
    z naszych ludzi też nie poznawał.

  • Ale
    pogrzebaliście ich jak należy?

  • Jeszcze
    nie, czekaliśmy na ciebie i Gothilda, potrzeba nam przecież aż
    pięciu łodzi, które możnaby poświęcić.

  • W
    takim razie trzeba niezwłocznie o to zadbać.

  • Tak,
    oczywiście. Pierwsze jednak zajęłyśmy się z Kristiną tym, w
    którym tliło się jeszcze życie.

  • I
    bardzo roztropnie postąpiłyście. Chociaż Gothild pewnie
    marudził.

  • O
    tak...

  • Jego
    zawsze irytowało wasze, jak twierdzi nadmierne współczucie
    dla cierpiących – westchnął – Ale on sprawia wrażenie jakby
    irytowało go wszystko. Aż dziw, że to mój krewniak.

  • No
    ale mów, co z tym biedakiem. Będzie żył?

  • W
    zasadzie to nie mam pojęcia jakim cudem tak długo utrzymywał się
    przy życiu. Kristina twierdzi, że wypadając za burtę uderzył
    głową o coś i wpadł do wody już nieprzytomny.

  • Musi
    być bardzo silny, skoro morze oddało go żywego.

  • Nie
    powiem, żeby było łatwo gdy o niego walczyłyśmy, ale przeżyje,
    teraz już to jest pewne.

  • Miał
    szczęście, że trafił na was.

Brunhild nie odpowiedziała.

  • Widzę,
    że coś cię trapi moja kochana – Helrig przysunął się bliżej
    niej i spojrzał jej w oczy przenikliwym wzrokiem.

  • Nie,
    to nic. - jej głos nie brzmiał jednak zbyt pewnie.

  • Czułem
    to już w nocy, gdy byłem jeszcze daleko od domu. Martwiłaś się
    czymś i widzę że nadal się martwisz. Wiesz, że mnie nie umiesz
    oszukać.

  • Chodzi
    o tego człowieka właśnie.

  • Przecież
    przed chwilą powiedziałaś, że przeżyje.

  • Tak...
    ale...on jest jakiś dziwny...

  • To
    znaczy?

  • Nie
    wiem...

  • Masz
    na myśli, że jest niebezpieczny?

  • Nie...
    wprost przeciwnie...to znaczy... nie w tym sensie o którym
    myślisz.

  • Wiesz
    kochana, że mi wszystko możesz powiedzieć. - przyciągnął ją
    do siebie i przytulił czule.

  • Odnoszę
    niejasne wrażenie, że skądś go znam, mimo, że nigdy go nie
    spotkałam i jestem tego pewna. Wydaje mi się dziwnie bliski. Nie
    wiem jak to określić. Tak, jakby dawno temu był dla mnie kimś
    bliskim. Bratem...przyjacielem...?

  • To
    rzeczywiście dziwne... - Helrig zadumał się, spoglądał
    nieobecnym wzrokiem w misę pełną obgryzionych kości.

  • I
    imię które powtarzał przez sen...

  • Imię?

  • To
    chyba było imię, nie jestem tego pewna, ale tak czuję. Słowo o
    obcym brzmieniu.

  • Jakie?

  • Saulael...czy
    coś podobnego.

Nagle oczy Helriga stały się nieobecne, zaszły mgłą,
a on sprawiał wrazenie półprzytomnego, pogrążonego w
jakimś transie, nieobecnego duchem. Brunhild znała ten wyraz jego
oczu, ten stan ducha. Znała go i Kristina, i Gothild, choć ten
ostatni tego nie rozumiał, lub udałał że nie rozumie, sprawiał
wrażenie jakby się tego bał.

  • Kobieta...
    - zaczął mówić szybko, niewyraźnie, jakby w transie –
    Widzę kobietę z parą skrzydeł na plecach, ale innych niż u
    ptaka. To nie człowiek, to...istota pozaziemska, piękna i silna i
    bardzo bliska. Kochana... Siostra? Przyjaciółka z
    dzieciństwa? W oczach ma spokój i ból. Ona...ona ma
    twarz.... - przerwał na moment, drżał na całym ciele. Brunhild
    zaczęła delikatnie głaskać go po policzku. Ściskał jej dłoń
    bardzo mocno, aż do bólu. - Ona ma twarz Kristiny.

W tym momencie wszystko minęło. Oczy Helriga na powrót
stały się normalne, roziskrzone i błyszczące, rozejrzał się
wokół siebie niecierpliwie. Poczuł nagłą słabość w
całym ciele, zmęczony oparł się a raczej opadł bezwładnie na
oparcie krzesła na którym siedział. Uścisk dłoni na ręku
Brunhild złagodniał.

  • Już
    dobrze kochany – szeptała głaszcząc jego włosy delikatnie.

  • Muszę
    go zobaczyć.

  • Potem,
    teraz odpocznij, jesteś zmęczony, wiele dni byłeś w drodze.

  • Nie
    moja najdroższa, teraz. Ja muszę...

  • Rozumiem.

Brunhild wstała, wzięła go za rękę i poprowadziła
w kierunku gościnnych sypialni. Wskazała drzwi.

  • Iść
    z tobą?

  • Nie,
    ja muszę sam.

Skinęła tylko głową w milczącym zrozumieniu.

*
* *

Helrig
stał wpatrując się w twarz nieznajomego mężczyzny.Czy aby
napewno nieznajomego? Teraz wiedział już, rozumiał o jakim
wrażeniu mówiła jego żona. Człowiek w łóżku
poruszył się niespokojnie. Jego usta poruszały się, lecz
całkowicie bezgłośnie. Helrig domyślał się, że chciałby coś
powiedzieć, jednak jest jeszcze zbyt słaby, nie ma siły mówić.
Oczy tamtego otworzyły się z trudem. Spojrzał wprost w oczy
Helriga nic nie rozumiejącym wzrokiem jasnobłękitnych oczu. Helrig
dostrzegł czający się w tych oczach strach, więcej, przerażenie,
i ból. Widział, że on chciałby coś powiedzieć, że
próbuje otworzyć usta. Przysiadł na skraju łóżka i
uciszył go delikatnym gestem.

  • Nic
    nie mów, jeszcze nie teraz. Będzie czas i na to. Teraz
    odpoczywaj.

Na twarzy mężczyzny pojawił się jakby cień bladego
uśmiechu, jego oczy rozjaśniły się nieco na dzwięk przyjaznego,
życzliwego głosu. Po chwili jednak poprzedni wyraz strachu i bólu
wrócił, odzwierciedlił się w całej jego twarzy. Zaczał
też oddychać szybciej i z większym trudem.

  • Już
    dobrze. Nie masz czego się bać. Tutaj nic ci nie grozi.

Helrig poczuł, że to właściwe słowa i ze zdumieniem
spostrzegł że tamten człowiek najwyraźniej na taką właśnie
pociechę czekał. Silna, duża dłoń zacisnęła się na jego
nadgarstku jakby w geście niemej paniki. Błękitnooki, białowłosy
człowiek spojrzał mu w oczy tak głęboko, przenikliwie, a zarazem
błagalnie, że ciało kuzyna wodza nieświadomie zadrżało. I znów
poczuł się tak samo jak przed chwilą w jadalni, tak samo jak wiele
razy wcześniej gdy widział i wiedział to czego inni widzieć i
wiedzieć nie mogli.

  • Nie
    bój się, przyjacielu. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Obiecuję.

Uścisk dłoni stał się jeszcze silniejszy. Helrig
odwzajemnił go.

  • Przysięgam
    ci to. Będę cię chronił. Zrobię wszystko, by nikt nie wyrządził
    ci krzywdy.

Drugi z mężczyzn uspokoił się wyraźnie, wypuścił
ze swojej dłoni jego rękę i uśmiechnął się słabo.

  • Niosący
    Światło... - wyszeptał po czym zamknął oczy i usnął
    wyczerpany jak po nadludzkim wysiłku.

Helrig wstał. Przez chwilę jeszcze przyglądał mu się
w milczeni.

  • Gdybym
    tylko umiał chronić cię przed tobą samym... - szepnął i
    odwrócił się gwałtownie.

Wyszedł czymprędzej.

*
* *

Kilka
dni później przy śniadaniu wszyscy zdawali się myśleć o
tym samym.

  • Wydaje
    mi się, że jest już dość silny byśmy nareszcie mogli się
    dowiedzieć kim jest i skąd pochodzi. - zaczął bezceremonialnie
    Gothild.

  • Owszem
    – stwierdziła Brunhild – ale nie powinniśmy jeszcze wyprawiać
    go do domu. Na to jest zdecydowanie za słaby.

  • Naturalnie.
    Gothild z pewnością nie to miał na myśli. - wtrącił Helrig,
    nieco złośliwie, bo wiedział, że własnie to jego krewniakowi
    chodziło po głowie.

  • A
    właśnie, że dokładnie to miałem na myśli – wódz nie
    krył irytacji.

  • Jesteś
    bezduszny – wybuchła Brunhild – Jak możesz wypędzać ze
    swojego domu człowieka, który cudem uniknął śmierci i
    nadal nie ma nawet sił stanąć na własnych nogach.

  • Przecież
    nie poślę go bez eskorty, prowiantu, dam mu nawet własnego konia.

  • Czy
    ty myślisz, że on jest w stanie utrzymać się na końskim
    grzbiecie – Brunhild była już niebezpiecznie oburzona
    zachowaniem szwagra.

  • Założę
    się, że to czarownik, bo jak widzę wszystkich was omotał i
    okręcił wokół małego palca.

  • Co
    ty wygadujesz człowieku? - młodsza córka Ulfa nie
    wytrzymała i zerwała się z krzesła nastroszona – Czy to takie
    nadzwyczajne, że leży nam na sercu życie człowieka którego
    sami uratowaliśmy od niechybnej śmierci? Po to go wyrwaliśmy z
    jej objęć, żeby teraz skazać go na ten sam los? To dopiero
    byłoby idiotyczne! W takim razie równie dobrze mogliśmy
    zostawić go tam na plaży półżywego, żeby dokonał swego
    żywota wtedy.

Gothild spóścił głowę.

  • Wybaczcie...
    Nie wiem, czemu obecność tegoczłowieka pod moim dachem tak mnie
    irytuje. Wiecie dobrze, że nie jestem bez serca.

  • Tak
    wiemy, kochany – odezwała się Kristina, która dotąd
    milczała jak zaklęta, myślami będąc daleko stąd.

  • Ale
    Gothild ma rację – wrócił do tematu Helrig – On nie
    chce mówić o sobie, najwidoczniej ma ku temu powody, jednak
    powinniśmy wiedzieć kto to jest. Choćby po to, by sprawdzić jak
    daleką drogę powrotną ma przed sobą i obmyśleć jak wyprawić
    go do domu, gdy wydobrzeje, trzeba też sprawdzić czy ma krewnych,
    wysłać do nich gońca i powiadomić, że żyje i jest bezpieczny.

  • Nie
    podejrzewam by miał rodzinę. Normalny człowiek w takiej sytuacji
    pierwsze mówiłby o bliskich, bałby się czy się nie
    niepokoją. - Gothild pokręcił głową.

  • Kogoś
    napewno musi mieć, krewnych, przyjaciół, chlebodawców,
    kogokolwiek. Może nie chce o nich mówić z jakiegoś
    nieznanego nam powodu. - nie dawał za wygraną Helrig.

  • A
    mnie się wydaje, że on nie ma nikogo, że spotkało go coś złego,
    jakaś tragedia – Kristina nie podnosiła wzroku na rozmówców
    – może stracił swoich bliskich, a może tam skąd pochodzi źle
    go traktowano lub wygnano... nie wiem... ale w jego oczach czytam,
    że nie ma dokąd pójść.

  • I
    co wtedy zamierzacie z nim zrobić? - Gothild poczuł że znów
    przestaje nad sobą panować.

  • To
    twój dom i to ty jesteś wodzem. Niech twoje sumienie
    rozsądzi – Brunhild spojrzała na niego wyzywająco.

Już miał jej ostro odpowiedzieć, gdy Helrig przerwał
ten kolejny wybuch emocji. Wiedział, że starcie między jego
kuzynem a żoną nie wróży niczego dobrego.

  • Przestańcie
    spekulować, póki niczego jeszcze nie wiemy. Najprościej
    jest chyba iść do niego i po prostu zapytać.

  • Więc
    chodźmy – Gothild wstał zniecierpliwiony.

  • Nie,
    ty nie – zaprotestował stanowczo Helrig.

  • A
    niby dlaczego?

  • Lepiej
    żeby poszedł ktoś z naszej trójki, albo cała trójka.

  • Ale
    czemu ja nie? - oczy Gothilda pociemniały z gniewu.

  • On
    się ciebie boi – odpowiedział kuzyn.

  • Boi?
    Mnie? A niby czemu?

Ale oni zdąrzyli już wyjść. Wódz zaklął
siarczyście i kopnął stojącą nieopodal ławę z całej siły.

*
* *

Cała
trójka weszła do sypialni którą zajmował teraz
rozbitek. Przez ostatnie dni doglądała go głównie służba
i kilka razy zjawiła się Brunhild ale spał wtedy więc nie mieli
okazji porozmawiać. Dlatego też teraz wydawał si,ę zdziwiony. A
może przestraszony nawet... Siedział na łóżku w świerzej
koszuli , którą podarował mu Helrig. Gdy tylko skrzypnęły
drzwi zerwał się z miejsca. Zachwiał się jednak i omal nie upadł,
z trudem jeszcze wstawał, nadal był dość słaby. Helrig w odruchu
podbiegł i podtrzymał go. Mężczyzna wyraźnie wystraszył się
tego życzliwego gestu. Usiadł na skraju łóżka i spojrzał
na nich wystraszonym, pytającym wzrokiem.

  • Nie
    bój się – uspokoiła go Brunhild – przyszliśmy tylko
    porozmawiać.

Znów spróbował wstać , tym razem
spokojniej i ostrożniej podtrzymując się poręczy łóżka.

  • Nie,
    nie wstawaj – zaprotestowała Brunhild – nie trzeba.

Uśmiechnął się z wdzięcznością ale nie posłuchał.

  • Ja
    chciałem podziękować za urotawanie mi życia. Jestem wam ogromnie
    wdzięczny, gdyby nie wy – spoglądał w stronę Kristiny więc
    prawdopodobnie, nie bez słuszności zresztą, to w szczególności
    do niej się zwracał – z pewnością nie byłoby mnie już wśród
    żywych.

Wszyscy zauważyli jak dworna i piękna jest jego mowa,
teraz nie mieli już wątpliwości, że pochodził z majętnego,
dobrego rodu.

  • Ależ
    nie trzeba, jestem nauczona, że każde ludzkie życie jest cenne,
    nie mogłabym przecież zostawić was na pastwę losu, umierającego
    nad brzegiem morza. - odpowiedziała Kristina.

  • Wielu
    by tak postąpiło. Dlatego przyjmijcie pani moją wdzięczność –
    chwiejnym krokiem podszedł do niej – mimo iż nie mam czym
    odpłacić – już chciała coś powiedzieć, kiedy omal nie
    upadając twarzą do ziemi z osłabienia przyklęknął przed nią
    na jedno kolano i pochylił głowę.

  • Wstańcie,
    proszę. Nie trzeba mi wielkiej podzięki, wystarczy wasza
    życzliwość.

Wstał posłusznie.

  • Widzę,
    że jesteście szlachetnym i wyśmienicie wychowanym mężem –
    Helrig chciał podjąć temat z jakim tu przyszli.

Nie udało mu się to jednak. Człowiek bowiem spóścił
głowę i nic nie odpowiedział. Z westchnieniem więc podparł go
ramieniem i zaprowadził spowrotem na łóżko.

  • Nie
    powinniście się przemęczać.

  • Wam
    również winien jestem wdzięczność – powiedział
    zwracając się do Helriga.

  • Mnie?

  • Za
    życzliwość i gościnę, odzienie i hojną strawę.

Helrig roześmiał się serdecznie.

  • Za
    życzliwość i odzienie owszem, ale za gościnę i strawę
    powinniście raczej dziękować panu tego domu.

  • Więc
    to nie wy nim jesteście?

  • Nie.
    Ja jestem tylko jego krewniakiem. To dom wodza Gothilda. Ale macie
    tutaj panią domu, jej jednak już dziękowaliście.

  • Dziękuję
    więc raz jeszcze.

Wszystkim dziwne zdawało się, że człowiek o tak
nienagannych manierach nie wpadł jeszcze na to, że wypadałoby się
przedstawić. Brunhild postanowiła wykorzystać okazję.

  • No
    tak, skąd niby mieliście wiedzieć, kto jest tu kim, skorośmy
    dotąd się sobie nie przedstawili. Pozwólcie więc, że
    naprawię ten nietakt. Pani, której zawdzięczacie życie to
    Kristina Ulfsdatter, żona wodza Gothilda, pani tego domu, a moja
    droga siostra – Kristina skłoniła się , a Brunhild ciągnęła
    dalej – Ja mam na imię Brunhild Ulfsdatter, a to mój
    ukochany mąż Helrig, krewniak wodza i wychowanek jego zmarłego
    ojca.

Zaległa krępująca cisza. Czekali cierpliwie, ale on
nie odezwał się. Widać było tylko zmieszanie na twarzy którą
próbował ukryć. Spojrzeli po sobie pytająco. Wkońcu Helrig
zaczął delikatnie.

  • Wiem,
    że to nie przystoi pytać tak wprost, jednak może moglibyśmy
    poznać imię naszego gościa.

Zmieszał się jeszcze bardziej , a głowę opuścił
jeszcze niżej. Widać też było, że wyraźnie posmutniał. Mieli
wrażenie że w jego teraz śmiertelnie przerażonych oczach zbierają
się łzy, które za wszelką cenę starał się powstrzymać.

  • Cóż
    się stało? - spytała ciepłym głosem Brunhild.

  • Ja...
    - przez chwilę jakby szukał czegoś w pamięci – Arakiel
    Arunhlasen – powiedział wkońcu niepewnie.

  • W
    takim razie miło nam gościć was, panie Arakielu. - Kristina
    postanowiła ratować sytuację, której pozostała dwójka
    zdawała się nie do końca rozumieć.

Helrig chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak Kristina
przerwała mu, gdy tylko otworzył usta.

  • Przyszliśmy
    jedynie sprawdzić jak się czujecie. Widzę, że już lepiej i
    cieszy mnie to niezmiernie – spoglądała na niego ze
    zrozumieniem, dając znać, że wie na czym polega jego problem –
    Jeżeli pozwolicie przyjdę później, chciałabym porozmawiać
    z wami.

  • Naturalnie,
    przychodzcie pani kiedy tylko zechcecie. - widziała że odetchnął
    z wyraźną ulgą, patrzał na nią mniej przestraszonym, pełnym
    wdzięczności wzrokiem.

Wzięła pod rękę Brunhild i skierowała się do
drzwi.

  • Chodz
    Helrigu – popędziła szwagra.

Posłuchał bez słowa.

*
* *

Gdy
znaleźli się już za drzwiami oboje spojrzeli pytająco na
Kristinę.

  • Chodzcie
    do głównej izby, wytłumaczę wam wszystko na spokojnie.
    Helrigu bądz łaskaw znaleźć Gothilda, on też powinien być przy
    tej rozmowie.

Helrig skinął głową i odszedł. Po dłuższej chwili
wszyscy czworo zebrali się w izbie i rozsiedli wygodnie popijając
świerzo warzonego piwa. Gothild minę miał niezbyt przyjemną.

  • Więc?

Kristina wzięła głębszy oddech.

  • Wygląda
    na to, że mamy pewien problem.

  • Mianowicie?

  • Jestem
    niemal pewna, że on po prostu nie wie kim jest.

  • Jak
    to nie wie? Jak można u ciężkiego licha nie wiedzieć kim się
    jest? - Gothild poraz kolejny tego dnia został wyprowadzony z
    równowagi.

Brunhild którą nagle olśniło pospiesznie
wytłumaczyła.

  • No
    tak, ja chyba rozumiem. Czasem, po silnym uderzeniu w głowę lub
    wstrząsie psychicznym, a niewątpliwie ten człowiek przeżył i
    jedno i drugie, pamięć całkowicie lub częściowo zanika. Wtedy
    zdarza się, że ludzie nie mają pojęcia kim są i co działo się
    przed wypadkiem, jak się w tym miejscu znaleźli i tak dalej.

  • Właśnie.
    Dokładnie to miałam na myśli – potwierdziła Kristina.

  • Biedak
    – Helrig z ubolewaniem i współczuciem pokręcił głową –
    Ale co my zrobimy w takim razie z tym nieszczęśnikiem.

  • Taaak...
    dobre pytanie – skwitował Gothild.

  • Musi
    chyba tu zostać – stwierdziła Kristina – Często pamięć
    wraca po jakimś czasie. Musimy czekać.

  • Czy
    mój dom to przytułek dla wszelkich bezdomnych i chorych? -
    zdenerwował się znów Gothild. Nikt nie mógł
    zrozumieć jego zachowania, nigdy przedtem nie był tak agresywny,
    owszem apodyktyczny bywał, surowy też, czasem oschły, ale nigdy
    bezduszny, zawsze litował się nad losem potrzebujących.

  • Nie
    możemy przecież odesłać go ot tak w świat, kiedy nie ma dokąd
    pójść. - zaoponował Helrig

  • Nie
    wiadomo zresztą jak dalece posunięty jest zanik pamięci, może
    okazać się, że nie pamięta wielu podstawowych wiadomości o
    świecie, wtedy będzie zbyt zagubiony by poradzić sobie sam, jak
    dziecko we mgle. - wtórowała mu Brunhild.

  • Chwileczkę
    – Helrig zastanowił się chwilę – podał przecież imię. Czy
    nie moglibyśmy rozpytać o nie, czy ktoś przypadkiem o takim
    człowieku nie słyszał, może uda się znaleźć jego tożsamość
    i jakiś krewnych lub przyjaciół.

  • Mnie
    się wydaje, że on po prostu podał pierwsze lepsze imię jakie
    przyszło mu do głowy, bo stwierdził że przecież jakoś nazywać
    go musimy. Swojego prawdopodobnie nie pamięta. Może wstyd mu z
    tego powodu, więc odpowiedział cokolwiek. - tłumaczyła Kristina.

  • Ona
    ma rację – wtrąciła się Brunhild – Nie widziałeś jak długo
    zastanawiał się zanim odpowiedział, jak wyglądała jego twarz,
    oczy? Sprawiał wrażenie jakby szukał usilnie imienia w pamięci,
    aż wkońcu gdzieś zaświtało mu takie właśnie i z rezygnacją w
    głosie podał je, nie mając żadnej pewności czy do niego należy
    i czy wogóle istnieje.

  • Dla
    mnie było to po prostu pierwsze imię jakie przeszło mu przez
    myśl, uznał je więc za własne.

  • I
    tak mogło być. Zresztą czy słyszeliście kiedyś podobne imię?
    Arakiel... Brzmi obco, a on wygląda na skandynawa, co do tego nie
    mam wątpliwości. A Arunhlasen...? Nie mam pojęcia co to znaczy,
    choć brzmieniem zbliżone jest do naszego języka, nigdy takiego
    słowa nie słyszałem.

  • Arakiel
    brzmi podobnie jak Saulael, to które wymawiał przez sen.
    Jakby w tym samym języku.

  • Może
    jego matka pochodziła z jakiegoś odległego plemienia albo dalszy
    przodek... A może po prostu zna jakiś język którego my nie
    znamy, może podróżował po obcych ziemiach. Ale to nie ma
    chyba znaczenia. Skoro chce by tak go nazywać, nie widzę ku temu
    przeszkód.

  • No
    ale co my z nim zrobimy – wtrącił się milczący od dawna
    Gothild.

  • Na
    razie zostawmy tę decyzję. Najpierw tak jak mu obiecałam
    porozmawiam z nim i spróbuję się czegoś dowiedzieć
    więcej. Nie dobrze by było nas więcej niż jedna osoba, by go nie
    zawstydzać ani nie przestraszyć. Łatwiej jest zaufać jednej
    osobie w rozmowie w cztery oczy. Postaram się być delikatna i
    ostrożna.

Po tych słowach Kristina wstała i wyszła. Zabrała ze
sobą dość duży dzban pełen piwa.

*
* *

Stanęła
przed drzwiami. Zawahała się. Przez chwilę wydawało jej się, że
ucieknie, jak najdalej od tego człowieka, który budził w
niej coś, czego budzić nie chciała. Przemogła się jednak,
zapukała. Odpowiedziała jej cisza. Zapukała raz jeszcze, głośniej.
Musiała odczekać dłuższą chwilę, gdy usłyszała wkońcu.

  • Wejdzcie,
    pani Kristino.

Wsunęła się do pomieszczenia. Mężczyzna stał przy
oknie wpatrując się w jak jej się wydawało krajobraz za szybą.
Odwrócił się gwałtownie, gdy stanęła tuż obok, za jego
plecami.

  • Czy
    moglibyśmy... - zaczęła niepewnie, po chwili jednak wyprostowała
    się dumnie – chciałam z wami pomówić.

Westchnął głęboko. Po chwili jednak zreflektował
się.

  • Naturalnie,
    usiądzcie proszę.

  • Proszę
    mówcie mi Kristina. - usiadła na stojącym przy oknie
    masywnym, drewnianych krześle.

  • Więc
    Kristino, proszę ty też mów mi... - zaciął się,
    najprawdopodobniej niezręcznie mu było powiedzieć “ po imieniu”
    - na ty – dodał po chwili pospiesznie.

  • Wobec
    tego Arakielu, czy czujesz się już lepiej?

Uśmiechnął się blado i skinął głową.

  • Bardzo
    mnie to cieszy – odparła ze szczerym uśmiechem nalewając mu
    szczodrze piwa.

  • Tak,
    wiem. Wiem o czym chcesz rozmawiać. - opuścił wzrok, jakby
    skrępowany.

Nie powiedziała nic, uśmiechnęła się tylko
uspokajająco, chcąc dodać mu otuchy.

  • Oczywiście
    – mówił teraz bezbarwnym, matowym głosem, przyciszonym
    lekko, jakby sam nie chciał słuchać swoich słów- nie będę
    nadużywał waszej gościnności. Jutro skoro świt już mnie tu
    nie będzie.

  • Ależ
    nie. Nie to miałam na myśli. Przecież... Nie, nikt cię stąd nie
    wypędza... Ja po prostu...

  • Nie
    trzeba, naprawdę nie trzeba – opuścił głowę jeszcze niżej,
    białe jak śnieg włosy całkowicie zakryły jego twarz –
    zrobiliście dla mnie i tak bardzo wiele. Nie wolno mi oczekiwać
    niczego więcej.

  • I
    gdzie pójdziesz? – Kristina postanowiła skorzystać z
    nadarzającej się okazji, by zahaczyć o właściwy temat.
    Powiedziała to tonem bezsprzecznie świadczącym o tym, że wie
    doskonale jaka będzie odpowiedz.

  • To
    nie ma żadnego znaczenia – odwrócił się w stronę okna
    wychylając róg z piwem jednym haustem.

  • Wprost
    przeciwnie. - dolała mu po brzegi. Wciągnęła głośno powietrze
    i jednym tchem wyrzuciła z siebie – Wiem, że Arakiel nie jest
    twoim prawdziwym imieniem, wiem też, że pojęcia nie masz kim
    jesteś i skąd się tu wziąłeś.

Zadrżał gwałtownie. Podniósł głowę i wbił
w nią przerażony wzrok.

  • Straciłeś
    pamięć, prawda? - zapytała starając się nadać głosowi jak
    najłagodniejszy ton.

Skinął tylko, po czym przechylił róg do dna.

Kristina
westchnęła. Spoglądała na niego w milczeniu przez dłuższą
chwilę, po czym napełniła róg, skinęła lekko głową i
wyszła. Pozostawiła mężczyznę pogrążonego we własnych
myślach, chaotycznych i nieskładnych. W pierwszej chwili wydawał
się jej za to wdzięczny, wolał zostać sam, nie chciał by
ktokolwiek go teraz oglądał, by widział łzy strumieniami cieknące
po twarzy. Siedział tak długo, po czym przechylił róg i
jednym tchem opróżnił całą jego zawartość, po czym
rzucił naczyniem o ścianę z taką siłą, iż rozprysło się na
drobne odłamki. W porywie beznadziejnej rozpaczy raz po raz uderzał
pięścią w stół, aż wreszcie chwycił stojące przy nim
krzesło i pchnął je przed siebie. Cofnął się kilka kroków,
oparł plecami o drzwi, po chwili osunął się po nich i wybuchnął
głośnym płaczem. Szlochał jak dziecko.

  • Przecież
    on cały dwór niedługo zdemoluje! - pienił się za drzwiami
    Gothild.

W tym momeci usłyszeli kolejny, tym razem głośniejszy
trzask, a zaraz po nim potężny huk.

  • Tego
    już za wiele! - Gothild próbował wyrwać się trzymającej
    go pozostałej trójce.

  • Zostaw!
    - powoli, lecz stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu głosem
    powiedziała Kristina spoglądając mężowi głęboko w oczy.

Wódz westchnął ciężko i najwidoczniej
zrezygnował ostatecznie z zaprowadzenia porządku w swoim domu. W
tej właśnie chwili usłyszeli rozpaczliwy szloch dobiegający z
pokoju.

Helrig wymienił porozumiewawcze spojrzenia z obiema
paniami, po czym popchnął drzwi. Stawiały opór. Kobiety
oddaliły się tymczasem ciągnąc za sobą Gothilda, złorzeczącego
wprawdzie nadal, jednak już raczej zrezygnowanym tonem. Jego
krewniak natomiast przez chwilę stał przy zamkniętych drzwiach, po
czym zapukał ostrożnie. Nie doczekał się odpowiedzi. Zapukał raz
jeszcze, tym razem mocniej. Po chwili szumów i szurania drzwi
ustąpiły. Popchnął je lekko i wszedł do środka.

Arakiel stał przy oknie, odwrócony tyłem do
wchodzącego.

  • Odejdz
    – szepnął zdławionym głosem.

  • Wolałbym
    jednak nie zostawiać cię samego – odpowiedział spokojnie
    Helrig.

Tamten milczał przez chwilę.

  • Nic
    już nie wiem – zaczął po chwili nie odwracając się od okna.

Helrig podniósł bez słowa przewrócone
krzesło i usiadł. Przez dłuższy czas oboje milczeli. Ciszę
przerwał Arakiel.

  • Szczerze
    mówiąc nie mam pojęcia, co teraz ze mną będzie... Co mam
    zrobić...

  • O
    to na razie się nie martw. Na razie...

Przerwał mu zdecydowanym gestem dłoni, odwracając się
gwałtownie. Helrig zadrżał widząc wyraz jego oczu.

  • Nie.
    Nie mogę przecież tu zostać.

  • Ależ...

  • Nie,
    nie mów mi, że ot tak po prostu mam zostać ile chcę i czuć
    się jak u siebie. Nie mogę sie na to zgodzić.

  • Rozumiem.
    - spojrzał mu w oczy jakby na potrwierdzenie swoich słów.

Arakiel uśmiechnął się lekko. Poczuł, że tak jest
w istocie, że Helrig rzeczywiście doskonale rozumie jego dumę.

  • Pozwól,
    że wieczorm wszyscy pięcioro porozmawiamy na ten temat i
    spróbujemy coś postanowić. Napewno znajdziemy wspólnie
    jakieś rozwiązanie.

Uśmiechnęli się do siebie. Ze zdumieniem oboje
musieli stwierdzić, że czują się w swoim towarzystwie doskonale,
jakby znali się od wielu lat i byli najlepszymi przyjaciółmi.
Żaden z nich nie potrafił tego pojąć.

  • To
    ja jestem tu gospodarzem i nie życzę sobie tego człowieka w moim
    domu na wieczność!

  • Myślałam,
    mój drogi, że to jest NASZ dom – wybuchła Kristina
    odwracając się na pięcie.

Gothild westchnął.

  • Czy
    wy naprawdę nic nie rozumiecie?

  • Czego
    mianowicie nie rozumiemy? - Helrig uniósł brew.

  • On
    jest... taki...- Gothild odwrócił się plecami do
    pozostałych rozmówców- po prostu sobie nie życzę!

  • Przyznaj,
    ty się go po prostu boisz – odezwała się spokojnym głosem
    Brunhild, która dotąd milczała wymownie.

  • Boję?
    Nie bądz śmieszna, Brunhild.

  • Śmieszny
    to jesteś ty, z tą swoją chorobliwą zazdrością, mimo braku do
    niej jakichkolwiek podstaw. - ucięła stanowczo.

  • Cokolwiek
    byście o mnie myśleli, to na szczęście jeszcze ja tu... - urwał
    – mam ostatnie słowo – dodał po chwili.

  • Ty
    tu rządzisz, chciałeś powiedzieć. Czyż nie tak? - Kristina
    złapała męża za ramię, jej oczy błyszczały złowieszczo. - To
    sobie rządz, całą resztą świata, Wielki Panie, ale nie nami.

Wściekła obróciła się na pięcie i ruszyła w
stronę drzwi. Gdy je otworzyła stanęłą jak wryta. Wszystkie oczy
zwróciły się w tamtą stronę.

  • Pięknie,
    po prostu gratuluję, kochany – w Gothilda trafiło kolejne
    piorunujące spojrzenie.

Brunhild i Helrig jednocześnie poderwali się jak
oparzeni ze swoich miejsc. Brunhild rzuciła tylko szwagrowi krótkie
spojrzenie, mrożące jednak krew w żyłach.

Helrig nie spojrzał nawet w jego stronę, wybiegł na
korytarz.

Helrig
złapał Arakiela za ramię. Zaniemówił jednak, gdy ten
odwrócił się. Był całkowicie odmieniony. Jego oczy były
zimne i spokojne. Cała postawa mężczyzny emanowała chłodem i
dostojeństwem. Helrig odniósł nieodparte wrażenie, że ta
duma wypisana na twarzy, którą widzi przed sobą, niemal
dorównuje wyrazowi twarzy Kristiny, osoby która powinna
właściwie nosić imiona Duma i Honor.

  • I
    gdzie masz zamiar pójść? - spytał wkońcu.

  • A
    kogo to obchodzi? - odparł białowłosy obojętnym tonem.

  • Na
    przykład mnie.

Mruknął coś tylko i odwrócił się. Ruszył ku
wyjściu.

  • Mnie
    i te dwie kobiety, które uratowały ci życie – krzyknął
    za nim Helrig.

  • Ale
    jak sam powiedział wasz wódz, to jego dom i nie zamierza
    liczyć się z pragnieniami swoich domowników.

  • Nasze
    żony prawdopodobnie już mu uświadamiają kto w rzeczywistości
    rządzi w tym domu. A robią to, uwierz mi, skutecznie.

Arakiel zatrzymał się.

  • To
    nie ma znaczenia. Nie zwykłem wpraszać się tam, gdzie mnie nie
    chcą gościć. Mam swój honor.

  • Więc
    co zamierzasz?

  • O
    to już nie musicie się martwić. Nie macie obowiązku...

  • Ale
    ty jesteś coś winien nam – teraz Helrig przerwał – a
    przynajmnie tym dwóm wspaniałym kobietom. Jesteś im winien
    swoje życie, a jesteś na dobrej drodze, by je zmarnować i
    zniweczyć ich trud. Widać niepotrzebnie tak się starały by cię
    ratować, skoro ty sam swojego życia nie cenisz. - odwrócił
    się i zaczął powoli iść w stronę jadalni.

  • Jeżeli
    życiem nazywasz błądzenie po omacku wśród własnych myśli
    szukając bezskutecznie choćby jednego wspomnienia, choć jednej
    mglistej wskazówki...

  • Tak,
    nazywam życiem czas, który masz jeszcze przed sobą –
    podszedł do niego i wbił w niego wzrok.

  • A
    co z tym życiem, które zostawiłem za sobą wbrew własnej
    woli?

  • Jego
    nikt nie potrafi ci wrócić. Możemy jedynie dać ci nowe
    życie, które mogłoby być szczęśliwe. Ale ty nie chcesz
    tego przyjąć. Nikt cię do tego nie zmusi, to twój wybór.
    Szkoda tylko, że myślisz jedynie o sobie, nie biorąc pod uwagę
    tych, którzy zrobili wszystko co w ich mocy, by tak właśnie
    było.

Po tych słowach odwrócił się i odszedł.

Arakiel stał długo przed drzwiami wyjściowymi
zatopiony we własnych myślach. W końcu wyszedł na zewnątrz, nie
oglądając się za siebie przeszedł przez dziedziniec. Na moment
obrócił się i omiótł spojrzeniem budynek.

  • Nie
    mogę... Zrozumcie to, nie potrafię w ten sposób...

Opuścił głowę i ruszył zdecydowanym krokiem przed
siebie.

Kristina
stała jeszcze przez chwilę przy oknie spoglądając na dziedziniec.
Helrig podszedł do niej i objął ramieniem.

  • Musimy
    pozwolić mu odejść. To jego życie i jego wybór.

  • Wiem.
    - położyła głowę na ramieniu szwagra.

  • Tak,
    jakkolwiek to dziwnie brzmi mnie także będzie go brakowało.

Arakiel
szedł przed siebie. Bez celu, po prostu naprzód. Nie myślał
już o niczym, to i tak nic by nie zmieniło. On, silny i dumny
mężczyzna, nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest podobny do
dziecka zagubionego we mgle, jak niesamowicie jest bezradny.

  • Tak,
    tak, z kim to się związała moja biedna starsza córka
    -usłyszał przed sobą.

Podniósł głowę. Stał przed nim niemłody już
człowiek. Brodę i warkocze miał niegdyś pewnie ciemnobrązowe i
lśniące, teraz przyprószone siwizną. Jego wciąż
przystojna twarz o nieprzeniknionym wyrazie sprawiała wrażenie
poważnej lecz życzliwej.

Arakiel
zatrzymał się.

  • Czy
    coś się stało? Czy mogę wam w czymś pomóc? - zapytał.

Nieznajomy
spojrzał na niego i pokręcił głową. Nagle uśmiechnął się, a
Arakiel dałby głowę, że widział w jego oczach figlarny błysk.

  • A
    właściwie... Czemu nie? Ja pomogę wam, panie, a wy mnie.

  • Co
    macie na myśli, ojcze?

  • Przyjmijcie
    moją gościnę.

Młodszy z mężczyzn spojrzał na starszego pytającym
wzrokiem. Tamten zaś roześmiał się.

  • Owszem,
    w ten sposób pomożecie mi najlepiej. Dopiec temu bucowi,
    mojemu zięciowi, mianowicie.

  • Czy
    wy jesteście...

  • Mam
    na imię Ulf i jestem szczęśliwym ojcem dwóch wspaniałych
    córek. Moje szczęście mąci tylko fakt, że jedna z nich
    wzięła sobie za męża barani łeb. Powszechnie szanowany barani
    łeb dodam.

Arakiel westchnął.

  • No?
    Więc jak będzie? Chyba nas sobie los postawił na drodze. Wy
    jesteście potrzebni mnie, a wam potrzeba chyba dachu nad głową i
    ciepłej strawy. A może się mylę?

  • Kochana
    moja – Gothild leżał okryty skórami głaszcząc włosy
    odwróconej do niego plecami Kristiny – czy ten człowiek
    był wart tego, by stanąć między nami?

Fuknęła tylko w odpowiedzi.

  • Nie
    dąsaj się promyczku – przymilał się. Znów był tym
    samym Gothildem którego znała i kochała. Znów
    spokojny, opanowany i pełen ciepła. Odwróciła się.

  • Wiesz...
    może i dobrze się stało... On był jakiś... taki... Nie czułam
    się dobrze w jego pobliżu.

Gothild uśmiechnął się i wział żonę w objęcia.
Pocałował namiętnie.

Przez
kilka kolejnych dni i nocy życie we dworze toczyło się swym
zwyczajnym torem. Z pozoru wydawać by się mogło, że jego
mieszkańcy zapomnieli o istnieniu człowieka bez przeszłości. Jego
jednak zapomnieć się nie dało. Białowłosy rozbitek wrył się w
pamięć każdego z nich i za nic nie dawał się stamtąd wyrzucić,
choćby próbowali na wszelkie możliwe sposoby. Wiadomo
bowiem, iż istnieją na tym świecie ludzie, których się
nie zapomina. Istnieją też mury,których głową nie da się
przebić. Jednym z takich murów jest przeznaczenie, fatum,
los, opatrzność czy jak inaczej ludzie zwykli zwać tę siłę,
która tak lubi mieszać się w nasze życie i komplikować je,
czynić jeszcze trudniejszym. Często wyobrażamy sobie, że gdzieś
tam, w innym świecie siedzi ktoś, kto splata te nasze nici, z
innymi nićmi, innych istot, naszych bliskich i tych, których
wolelibyśmy uniknąć. Może nie tak znowu bardzo się mylimy w tych
naszych wyobrażeniach?

  • Ojciec
    zaprasza nas wszystkich na jutrzejszą wieczerzę – z uśmiechem
    zakomunikowała Brunhild.

  • Tak
    się cieszę – Kristina poderwała się z krzesła.

Helrig uśmiechnął się zadowolony. Wszyscy jak nikogo
na świecie kochali starego, mądrego Ulfa. Wszyscy z jednym
wyjątkiem...

Gothild westchnął ciężko, powstrzymał się jednak
od komentarza. Nie chciał narażać się na gniew żony i
szwagierki, które reagowały nader impulsywnie na każde słowo
na temat ich ojca wypowiadane bez skrajnego ulwielbienia.

  • Ojcze!
    Nie wyjdziesz powitać swoich dziewczynek? - krzyczała od progu
    Brunhild.

  • Idę
    już idę – usłyszała w odpowiedzi z głównej izby.

Po chwili w drzwiach pojawił się Ulf.

  • Kochane
    moje – przygarnął do siebie obie córki i witał je długo
    i serdecznie – Jakże ja się za wami stęskniłem. O, jest i
    Helrig. Chodź no tu, synu, niech i ciebie uściskam.

Młody mężczyzna podszedł do teścia i uściskał go
nie kryjąc radości ze spotkania.

  • Jest,
    jak widzę i mój drugi zięć. Nie przywitasz się Gothildzie
    ze starym teściem?

  • Witajcie
    ojcze – odparł wódz chłodno lecz w pełni uprzejmie.

Na jego szczęście panie nie zwracały na niego
najmniejszej uwagi, tak pochłonięte były radością z odwiedzin w
rodzinnym domu i spotkania z ojcem. Kiedy jednak wszyscy weszli do
izby stanęli jak wryci i zaniemówili. Za stołem siedział
postawny, białowłosy młody mężczyzna, który właśnie
wstał i skłonił się przybyłym.

  • Radością
    jest dla mnie ponowne spotkanie z mymi dobroczyńcami – rzekł, po
    czym usiadł na miejsce.

  • Widzę,
    że znacie już mego miłego gościa, kochani. Wspaniale, w takim
    razie możemy zasiąść do stołu. - z uśmiechem oświadczył Ulf,
    nie spuszczając wzroku ze starszego zięcia.

Po
zakończonym posiłku obie siostry niczym małe dziewczynki obsiadły
z obu stron swego ojca szczebiocząc mu do ucha nieustannie jedna
przez drugą. Gothild siedział,a raczej niemal leżał na
ławie,pochmurny, wyraźnie zirytowany, raz po raz nalewając sobie
piwa z wielkiego dzbana stojącego na samym środku stołu. Arakiel
podszedł do Helriga, z zadowoleniem obserwującego kobiety uczepione
obu ramion swego ojca.

  • Miałeś
    rację – powiedział siadając obok niego – Trzeba patrzeć w
    przyszłość, w to, co jest jeszcze przede mną i cieszyć się
    tym, co przy odrobinie dobrych chęci i szczęścia może się
    jeszcze wydarzyć.

  • Cieszę
    się, ze to zrozumiałeś.

Uśmiechnęli się do siebie nawzajem. Szczerze i
radośnie. Poraz pierwszy w oczach Arakiela, Helrig zobaczył spokój,
radość i nadzieję.

Przyszłość
ta malowała się istotnie pięknie. Arakiel czuł się potrzebny,
bowiem pracował uczciwie na swe utrzymanie pomagając Ulfowi w
gospodarstwie. Pomoc ta była w istocie nieoceniona dla starzejącego
się, a co za tym idzie nie tak już silnego jak niegdyś, samotnego
mężczyzny. Helrig odwiedzał go często, a przyjaźń między nimi
rozkwitła. Byli sobie niemal braćmi. Przychodziła do niego także
Brunhild, gdyż i ona bardzo polubiła tego rozbitka bez przeszłości.
Gothild początkowo zrzymał się na teścia, że przyjął pod swój
dach człowieka, którego on przepędził, jednak szybko
przeszła mu złość, a między nim a Kristiną znów działo
się dobrze. Nie był wprawdzie szczęśliwy z faktu, że żona
czasem wraz z siostrą chadza do domu Ulfa, jednak tłumaczył sobie,
że po prostu chce widywać się częściej z ojcem i w ostateczności
także ten fakt przełknął. Wszyscy zapomnieli już o swych dawnych
przeczuciach i lękach. Nikt z nich nie pomyślał nawet o tym, że
tę sielankę mogłaby nagle zmącić fala następujących po sobie
nieszczęść. Wydawało się to jakby niemożliwe. Coraz bliższe
były jednak gradowe chmury, które miały zawisnąć nad ich
szczęśliwym, poukładanym życiem.

Ulf
wyszedł w pole z samego rana. Arakiel zajęty był w stodole naprawą
sprzętów. Ledwie mężczyzna znalazł się na tyle daleko od
domostwa, by z obejścia nie było go widać, podeszło do niego
troje ludzi w długich, czarnych opończach. Słyszał już o nich
niejednokrotnie. Byli to czciciele nowego, dziwnego boga. Boga, który
rościł sobie prawo do bycia jednym jedynym. Co gorsza zaś jego
wyznawcy, wyjątkowo fanatyczni w większości, za swój święty
obowiązek uważali przekonywanie o tym wszystkich ludzi na ziemii.
Nie byłoby może i w tym niczego zdrożnego, gdyby nie fakt, że
najchętniej przekonywali oni mieczem i ogniem. Ulf, w którym
płynęła typowa krew wikingów, poczuciem honoru, odwagą i
wolą walki, mimo podeszłego wieku, wciąż mógłby ocean
napełnić po brzegi. Przeto zagotowało się w nim na widok
przybyszów, którzy nie wiadomo skąd przyszli, zdawało
się, jakby wyłonili się spod ziemii. Przystanął jednak i skinął
głową.

  • Co
    was sprowadza, cudzoziemcy? - spytał prostując się dumnie.

Przybysze skłonili się głęboko.

  • Witajcie,
    dobry człowieku – zaczął najwyższy z mężczyzn spokojnym,
    zanadto aż uprzejmym tonem – Przybywamy do was z dalekiego
    zachodu, z głębi kontynentu, by opowiedzieć wam o naszym panu i
    dać wam nowe życie.

  • A
    któż was o to prosił zacni przybysze? - odpowiedział
    wiking równie spokojnie.

  • Wiemy,
    żeście ludem walecznym, który odwagą i męstwem przewyższa
    wiele innych plemion, wiemy też jednak, że żyjecie w ciemnocie.
    Szkoda byłoby trwonić tę odwagę i siłę dla złej sprawy, kiedy
    w zamian za zwrócenie się na właściwą drogę czeka was
    wieczne życie u boku pana.

  • Wielce
    to z waszej strony szlachetne, miejsce naszych wojowników
    jest jednak w Valhalli u boku innego boga.

  • Ale
    cóż to za bóg. Bóg prawdziwy, bracie jest
    jeden.

  • Wasz
    jeden, naszych jest wielu.

  • Jeden
    jest bóg dla wszystkich ludzi.

  • Doprawdy?

  • Posłuchajcie
    mnie,dobry człowieku, przybywamy do ciebie, gdyż wódz wasz,
    a twój zięć, wypędził ze swego domu sługi pana.

  • Mnie
    nic do tego – chciał ich wyminąć, ale zastąpili mu drogę.

  • Przeciwnie.
    Jego zuchwalstwa nie może tolerować nasz pan i jego sługi.
    Cierpieniem mógłby przypłacić to cały wasz lud, czego z
    pewnością nie chcecie.

W Ulfie zakipiało, opanował się jednak.

  • Nie
    zwykłem wdawać się w czcze dyskusje z szantażystami – próbował
    nadać swemu głosowi spokojny ton, twarzy zaś kamienny wyraz, choć
    gniew wzbierał w nim z każdą chwilą.

  • To
    nie szantaż, ale dobra wola. Dajemy wam szansę, byście mogli w
    porę zapobiec nieszczęściu.

  • Mnie?
    A czemuż to właśnie mnie?

  • Boście
    przecie człowiek prawy i roztropny.

  • Cóż
    więc miałbym uczynić? - uniósł brew.

  • Przekonajcie
    zięcia, by usłuchał naszego nawoływania i odwrócił się
    od fałszywych bogów, a lud wasz żyć będzie w spokoju i
    dostatku, wy zaś zostaniecie przez pana szczególnie
    docenieni i sowicie nagrodzeni.

  • Powiadacie,
    żem człowiek prawy i roztropny. Wiedzcie więc, że prawy
    wystarczająco, by nie dać się kupić i roztropny dostatecznie by
    nie mieszać się w sprawy bogów.

  • Pomyślcie
    rozsądnie, macie przecie dwie piękne córki, a one nie
    zdążyły jeszcze dać wam wnuków.

  • Od
    córek moich łapy precz! - tego dla Ulfa było już zbyt
    wiele.

Pod opończami dwóch towarzyszy mówiącego
błysnęło polerowane żelazo.

  • Odejdzcie
    stąd i zostawcie nas w spokoju, zabierzcie wasze miecze i waszego
    boga, inaczej to wy zobaczycie jego oblicze szybciej niż byście
    sobie tego życzyli.

  • Myśleliśmy,
    że człekowi takiemu jak ty da się przemówić do rozsądku
    – ton przybysza i sposób wysławiania straciły wyraźnie
    na uprzejmości – Widzimy jednak, poganinie, że głupota twoja i
    zatwardziałość w grzechu są wielkie. Bądz więc przykładem dla
    równich sobie.

Nim Ulf zdołał zorientować się w sytuacji poczuł
jak w jego prawy bok zagłębia się szerokie ostrze. Zbladł, a
kolana ugięły się pod nim. Krew trysnęła na twarz napastnika.
Wiking wyprostował się jednak i zebrał całą siłę woli, jaką
posiadał. Jednym ruchem wyrwał miecz z rąk nieproszonego gościa i
prostym cięciem rozpłatał jego czaszkę.

  • To
    wy jesteście tu gośćmi a ja gospodarzem. Chciałem ugościć was,
    jak potrafię, jednak tak na tych ziemiach kończą goście, którzy
    nie potrafią uszanować swego gospodarza.

Po tych słowach pobladł jeszcze bardziej, czując
jednocześnie drugie ostrze przebijające brzuch. Czuł jak siły go
opuszczają. W tym momencie usłyszał za sobą głos nadbiegającego
Arakiela.

  • Ulf!

Młody człowiek biegł co sił w nogach. Poczuł
bowiem, że dzieje się coś niedobrego. Dotarł jednak na miejsce za
późno. Widział z daleka jak Ulf osuwa się na ziemię, w
kałużę własnej krwi tryskającej z poranionego ciała. Słyszał
jak jego dobroczyńca wydaje z siebie krzyk, władczym, mocnym mimo
swego stanu głosem.

  • Bądzcie
    przeklęci wszyscy troje! Niech będzie przeklęty wasz bóg,
    którego imię hańbicie! Obyście nigdy nie zaznali spokoju
    ani w tym, ani w innym życiu!

Widział też dwóch odchodzących mężczyzn w
czarnych opończach i trupa trzeciego,tak samo jak tamci odzianego.
Biegł przed siebie, nie zwalniając ani na moment. Czuł jak mgła
przesłania mu oczy, jak zachodzą one krwistą czerwienią. Gniew
ogarniał go z nieprawdopodobną siłą. Cały stał się gniewem.

Gdy
ocknął się z dziwnego zamroczenia stał ze zbroczonym krwią
mieczem w uniesionej dłoni, a u jego stóp leżały dwa
owinięte czarną tkaniną trupy, w których nie dałoby się
już rozpoznać nieproszonych przybyszów. Ręce aż po łokcie,
jak i twarz umazane miał we krwi. Nieopodal leżał Ulf, śmiertelnie
blady. Podszedł i upadł obok niego na kolana. Wziął w ramiona
ciało człowieka, który przez ostatni rok był mu jak ojciec
i przycisnął do siebie.

  • Pomściłem
    cię. To moje podziękowanie za wszystko co dla mnie zrobiłeś.

Na
sino-bladych ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

  • Opiekuj
    się nimi. - wyszeptał niemal bezgłośnie.

  • Będę,
    obiecuję.

Ciało starszego mężczyzny bezwładnie osunęło się
w jego ramionach, twarz znieruchomiała. Białowłosy dłonią
zamknął jego powieki po czym wybuchł płaczem.

Wraz
z Ulfem odeszła gdzieś radość i beztroska jego bliskich, a w ich
życie wkradł się cień, mroczny i złowieszczy. Gradowe chmury na
jakiś czas opuściły pogrążonych w żałobie, czekając gdzieś w
pobliżu na właściwy moment, by znów uderzyć. Był to
bowiem dopiero początek tego zła, które miało się
wydarzyć. Gothild za namową swych domowników przystał na
to, by Arakiel zamieszkał wraz z nimi. Obaj byli zbyt dumni, by
całkowicie zakopać wojenny topór, lecz postanowili nie
stawiać oporu z uwagi na Brunhild i Kristinę, które ciężko
przeżyły śmierć ojca. Więcej nie pojawiali się już w tamtych
stronach przybysze w czarnych opończach.

  • Kristino,
    nalegam – nie znoszącym sprzeciwu głosem oświadczył Gothild.

  • Powiedziałam
    już, nie mam zamiaru wypędzać na cztery wiatry dziewczyny tylko
    dlatego, że skrzywdził ją jakiś bydlak. - odparła Kristina
    spokojnie.

  • Nadal
    twiedzisz, że dziewczyna jest bez winy?

  • To
    nie ma znaczenia.

  • Owszem,
    ma. Na co ci brzuchata służąca? Na niewiele taka się może zdać.

Kristina prychnęła.

  • Na
    szczęście to jest moja służąca.

  • Ale
    ja jestem twoim mężem, panem tego domu i wodzem, jesteś mi winna
    posłuszeństwo.

  • No
    tak. Zapomniałam. To ty tu rządzisz. Pan i władca.

  • Przestań!

  • Zmieniłeś
    się Gothildzie. Nie poznaję już w tobie człowieka, którego
    pokochałam.

  • To
    ty się zmieniłaś.

  • Bo
    nie jestem już wpatrzona w ciebie jak w obrazek i nie przytakuje
    każdemu twemu słowu, choćby było i najgłupsze?

  • Jak
    śmiesz tak się do mnie zwracać!

  • Śmiem,
    więc jeśli chcesz wyrzuć mnie razem z tą biedaczką, która
    nie ma prawa do godnego życia, bo na nic ci się nie może przydać.

  • Dość
    tego! Zamilcz, kobieto!

Z
oczu Kristiny posypały się iskry.

  • Nie
    podnoś na mnie głosu – powiedziała powoli cedząc każde słowo.

  • Jestem
    twoim mężem i mam do tego pełne prawo.

  • Nie
    masz do tego żadnego prawa – usłyszeli za sobą głos. Oboje się
    odwrócili. Za nimi stał Arakiel.

  • A
    ty jakim prawem...

  • Prawem
    szacunku dla kobiety, która poświęciła ci całe swoje
    życie, oddała całe serce i całą miłość, którą w nim
    nosi. Jeśli nie potrafisz docenić skarbu jaki otrzymałeś nie
    masz wobec niej żadnych praw.

  • Przypominam
    ci, zuchwały przybłędo, że to ty jesteś na mojej łasce i w
    każdej chwili mogę przepędzić cię batami.

  • Spróbuj
    tylko to zrobić! - Kristina straciła panowanie nad sobą – Na
    nic innego cię nie stać wielki panie i władco? Na nic innego jak
    tylko przepędzanie każdego,kto jest ci niewygodny?

Arakiel uciszył ją gestem.

  • Ze
    mną możesz zrobić co ci się żywnie podoba, Gothildzie, masz
    rację, to ja jestem na twojej łasce. Nie pozwolę ci jednak
    krzywdzić ani poniżać tej kobiety. Ona na to nie zasłużyła.

Po tych słowach wyszedł. Za nim wyszła Kristina,
pozostawiając wściekłego i upokorzonego męża samemu sobie.

  • Dziękuję
    – szepnęła mijając Arakiela.

  • Nie
    dziękuj, to mój obowiązek – odpowiedział znikając za
    drzwiami swojej sypialni.

Gothild
nie krzyknął więcej na Kristinę, uspokoił się i wyciszył. Nie
przepędził także Arakiela, gdyż oznaczałoby to przyznanie się
do błędu i uznanie, że boi się go. Obawiał się go w istocie,
lecz z zupełnie innych powodów, z których w
rzeczywistości oboje zdawali sobie sprawę. O tamtym fatalnym
incydencie więcej nie wspomniał, nikt poza trójką
uczestników się też o nim nie dowiedział. Lepiej było
zostawić to i nie wywoływać wilka z lasu. Tak było najlepiej dla
wszystkich, a w każdym razie wtedy tak im się zdawało.

  • Gothildzie,
    kochany mój, coś ty z nami zrobił... - Kristina ukryła
    twarz w dłoniach i rozpłakała się.

Nie płakała od dawna. Nie należała do osób, z
byle powodu trwoniących łzy,teraz jednak nie potrafiła znieść
już bólu, jaki od dawna przepełniał jej serce. Nic już nie
było tak jak dawniej. Bezgraniczne szczęście, jakie jeszcze
niedawno wypełniało każdy jej dzień, zniknęło gdzieś,
rozpłynęło się w gęstniejącej mgle. Czuła, że coś traci, coś
co było w jej życiu najważniejsze.

Nagle poczuła na ramieniu silną, męską dłoń.
Podniosła głowę i odwróciła się. Za nią stał Arakiel i
wpatrywał się w nią oczyma pełnymi smutku.

  • Odejdz
    – powiedziała - chcę zostać sama.

  • Nie
    zostawię cię samej. Nie mogę patrzeć jak cierpisz.

  • Nie
    możesz mi pomóc.

Nie zauważyła, że tym razem w jego oczach zabysły
łzy. Zdołał je jednak powstrzymać.

  • Czy
    nie wystarczy, że jestem? - zapytał łamiącym się głosem – Że
    nie musisz być teraz sama?

  • Chcę
    być sama.

  • Czasem
    jednak potrzebny jest ktoś, na czyim ramieniu mogłabyś się
    wypłakać. Każdemu potrzebne jest ciepło drugiego człowieka,
    oparcie w trudnych chwilach.

  • Mam
    przecież Brunhild. I Helriga.

Opuścił głowę.

  • Wybacz.
    Myślałem, że... że może mógłbym być ci potrzebny, ale
    skoro...

  • To
    ja przepraszam – dopiero teraz zwróciła uwagę na jego
    bezgranicznie smutne oczy, szklące się od wstrzymywanych łez –
    i dziękuję. Dziękuję, za twoją przyjaźń, za dobre słowa...za
    wszystko.

  • Wszystko...
    – powtórzył cicho. Tak cicho, by tego nie usłyszała –
    Dałbym ci wszystko, gdybyś tylko zechciała. Ale ty nie chcesz...

Usiadł obok niej i delikatnie objął. Położyła
głowę na jego ramieniu i znów wybuchnęła płaczem.

  • Och
    Arakielu... co on zrobił z naszą miłością...

Nie umiał jej na to odpowiedzieć. I nie chciał.
Przyciągnął ją tylko mocno do siebie i tulił w ramionach. Ta
chwila była dla niego najpiękniejszym,co mogło go w życiu
spotkać. Móc trzymać ją w objęciach... to było znacznie
więcej, niż kiedykolwiek mógł choćby marzyć. Wtulił
twarz w jej włosy i rozkoszował się tą chwilą,prawdopodobnie
jedyną, jaka była mu dana. Chciał ją na zawsze zapamiętać, na
pamięć nauczyć się jej zapachu, ciepła jej ciała, dzwięku
głosu, wszystkiego tego, do czego mógłby tęsknić w długie,
samotne noce. Gdyby mógł zatrzymać czas, zrobiłby to
właśnie teraz.

  • Miałeś
    rację – odezwała się wkońcu – dobrze jest wypłakać się na
    czyimś ramieniu, poczuć, że jest jeszcze na świecie ktoś, komu
    na mnie zależy.

  • Dziękuję
    że to mówisz. To dla mnie wielka radość być ci
    potrzebnym.

  • Gdybyś
    tylko umiał naprawdę ukoić mój ból... - wyszeptała
    z nadzieją że on tego nie usłyszy.

Usłyszał jednak. Te słowa zbudziły w nim nadzieję,
której nigdy nie ośmielił się żywić. Powoli, ostrożnie
zbliżył twarz do jej twarzy. Dotknął wargami jej ust. Odskoczyła
jak oparzona.

  • A
    ja myślałam, że naprawdę jesteś moim przyjacielem! - krzyknęła
    oczami miotając pioruny.

Zanim
zdążył powiedzieć cokolwiek wymierzyła mu siarczysty policzek,
po czym pobiegła w stronę dworu.

Został
sam. Tak bardzo samotny jak nigdy dotąd i bazsilny jak dziecko.

Od
tamtego dnia Kristina unikała Arakiela. Starała się nie znajdować
w jego pobliżu, nie patrzeć na niego. Ignorowała całkowicie jego
obecność, jakby nie istniał, jakby nie odróżniał się od
powietrza. Jego świat natmiast rozbił się na drobne kawałki.
Tylko jedno już trzymało go przy życiu. Musiał ją chronić.
Choćby z daleka, tak , by o tym nie wiedziała. Obiecał to jej
ojcu...i samemu sobie.

  • Widzę
    jak na nią patrzysz – Helrig spojrzał przyjacielowi głęboko w
    oczy. Jego wzrok potrafił przewiercać na wylot.

  • To
    nie ma już żadnego znaczenia.

  • Wiem,
    ale nie mogę patrzeć jak cierpisz. Jesteś mi jak brat i jak
    rodzonego brata cię pokochałem, nie chcę widzieć tej rozpaczy w
    twoich oczach, która wydaje się nie mieć dna.

  • Nic
    nie możesz zrobić, ale dziękuję, że to mówisz.

  • Chcę
    tylko byś wiedział, co myślę. Z tobą byłaby o wiele
    szczęśliwsza, ty kochałbyś ją tak, jak na to zasługuje.
    Pragnął bym tego, bo ty jesteś dla mnie jak brat, a ona jak
    siostra, pragnąłbym szczerze waszego szczęścia.

  • Nie
    byłaby ze mną szczęśliwa. Ona mnie nie kocha. Nie dałoby jej
    radości nic, co mógłbym jej ofiarować.

  • Dlaczego
    miłość jest taka ślepa...

  • Ty
    masz swoją Brunhild i ciesz się tym. Nie dręcz się mną, to nic
    nie da.

  • Twoja
    żona wciąż płacze z twojego powodu – stwierdził Arakiel
    siadając na ławie naprzeciw Gothilda.

  • To
    nie jest twoja sprawa – odburknął tamten w odpowiedzi pociągając
    solidny łyk piwa.

  • Owszem
    jest. Obiecałem jej ojcu w chwili śmierci, że będę chronił
    jego córki.

  • Za
    Brunhild tak się nie wstawiasz.

  • Bo
    ona ma męża, który potrafi docenić jaki klejnot ma przy
    sobie.

  • A
    ja nie umiem, tak?

  • Nie,
    nie umiesz.

  • Obrońca
    cudzych żon się znalazł – Gothild wstał i juz chciał odejść,
    gdy nagle stracił panowanie nad sobą.

  • Wiesz
    od kiedy to się zaczęło? Od kiedy między nami przestało się
    układać? - wyrzucił z siebie jednym tchem- Odkąd pojawiłeś się
    ty! Przyszedłeś znikąd i zawróciłeś w głowie mojej
    żonie! Pojawiłeś się nagle i odebrałeś nam spokój!
    Przeklinam dzień, w którym zjawiłeś się w moim domu i w
    którym moja własna żona ocaliła to twoje nędzne życie!

  • To
    dokładnie tak jak ja... - szepnął Arakiel i wyszedł z jadalni.

Jeszcze
tego dnia Arakiel odszedł. Nie pożegnał się ani z Helrigiem ani z
Brunhild, ze stachu, że mogliby go zatrzymywać. Prędzej czy
później przecież po prostu o nim zapomną, nie było więc
sensu wszystkiego jeszcze bardziej komplikować. Oni jednak nie
zapomnieli. Długo jeszcze pozostał w ich sercach jako ktoś bliski,
ktoś za kim warto tęsknić. Kristina jednak odetchnęła z ulgą,
gdy dowiedziała się o jego zniknięciu. Między nią a mężem znów
zaczęło dziać się coraz lepiej. Zdawało się, jakby to właśnie
obecność Arakiela rzucała cień na ich niegdyś przecież
szczęśliwy związek. Teraz jego już nie było, a oni mogli znów
być sobą, oboje. Gothild znów stał się czuły i
wyrozumiały, opadło z niego napięcie, które to właśnie
niszczyło jego spokój, doprowadzało do szaleństwa i
popychało do gwałtownych, agresywnych słów i czynów.
A może był to strach...? Strach przed tym, że mógłby ją
utracić. Tymczasem spokój nie mógł trwać zbyt długo.
Mieszkańców dworu i nie tylko ich zaczęło niepokoić coś
zupełnie innego.

  • Na
    twoim miejscu wodzu, nie byłbym taki prędki w unoszeniu się
    honorem – spod kaptura czarnej opończy błysnęły w uśmiechu
    białe zęby. - Zapomniałeś już, co spotkało twojego teścia za
    jego zatwardziałość?

  • Nie,
    nie zapomniałem.

  • Widzisz
    więc, twoja piękna żona straciła już ojca, nie chcesz chyba by
    straciła też męża.

  • Mojej
    żony w tonie mieszajcie.

  • Zastanów
    się dobrze, masz na to dwie niedziele, czcigodny wodzu. Wtedy
    wrócimy do rozmowy i liczymi na twój rozsądek.

Zapomniałeś
już kim jesteś i do czego zostałeś stworzony? Ty jesteś przecież
pierwszym sługą pana i jego mieczem każącym bezbożników!”
- silny, kobiecy głos grzmiał w jego głowie - “ To ty masz
poprowadzić do zwycięstwa świętych pańskich! Tymczasem stajesz w
obronie pogańskich bóstw, bałwanów i ich
czcicieli!Twój pan nie jest z ciebie zadowolony!Nie zawiedz
go. Pamiętaj...”

Gothild
obudził się zlany potem. Pamiętał każde jedno słowo, jakie
usłyszał w tym dziwnym śnie. Ze zdumieniem stwierdził, że głos
miał rację. To on zbłądził i musi czymprędzej zawrócić,
nim będzie za późno. Nie do końca rozumiał co to wszystko
miałoby właściwie znaczyć, lecz w tej chwili wydawało mu się to
nieistotne. Podjął decyzję.

  • Opętali
    was, wodzu! – krzyczał postawny, wielki mężczyzna, właściciel
    długiej, rudej brody.

  • Oni
    na niego rzucili urok! – wtórował mu inny.

Jeden ze starców uciszył ich gestem dłoni.

  • Wodzu,
    nikt z nas nie rozumie tego, o czym mówicie. Czy nic już nie
    znaczą dla was nasz honor, wiara naszych ojców, nasza duma i
    wola walki, którą przekazali nam ci, którzy byli
    przed nami? Czy za nic macie śmierć waszego teścia, którego
    krew woła z ziemi o pomstę?

  • Jego
    już pomszczono.

  • To
    prawda, pomścił go człowiek, którego wzamian wypędziliście
    ze swego domu.- krzyknął ktoś kolejny.

  • Powtarzam
    raz jeszcze. Przyjmiemy po dobroci to, co przynoszą nam misjonarze.
    Dla waszego własnego dobra.

  • Nie
    poznaję was, wodzu Gothildzie – westchnął starzec.

  • A
    ja owszem – Helrig wstał i odezwał się poraz pierwszy.
    Uprzednio siedział zamyślony, jakby nad czymś głęboko się
    zastanawiał.

Wszystkie oczy zwróciły się na niego.

  • Nie
    proście bym tłumaczył, to zbyt skomplikowane, i tak byście nie
    zrozumieli.

  • Fakt
    pozostaje faktem – stwierdził starzec – Gothild Bjorgulfsson
    nie jest już godny, by być naszym wodzem. Przez swą postawę
    okrył się hańbą. Musi spotkać go za to kara.

  • Odbierzcie
    mu władzę, to wystarczająca kara. Nie krzywdzcie go, on jest
    tylko narzędziem. Niewolnikiem w ręku większych od siebie... Nic
    nie może na to poradzić.

  • O
    czym mówicie Helrigu?

  • Zbyt
    długo tłumaczyć...

A więc niech tak będzie. Od dziś Gothild nie jest już
naszym wodzem i nie ma nad nami żadnej władzy. Wy go zastąpcie,
Helrigu. Wy nas poprowadzcie przeciw wrogom. Jesteście mądrzy i
odważni, na waszym honorze nie ma ujmy, powiedziecie nas ku
zwycięstwu, albo ku Valhalli.

Tego
dnia karty się odwróciły. Helrig jako nowy wódz
przystąpił od razu do działania. Oddziały wikingów
sposobić się zaczęły do walki z nieproszonymi gośćmi. Ci zaś
widząc, że szantażem nic nie osiągną, także ostrzyli już oręż.
Posiłki nadciągały ze wszystkich stron w zastraszającym tempie.
Wódz Helrig nie mógł zrozumieć na co jeszcze tamci
czekają, lecz obawiał się atakować pierwszy. Gothild pozostał w
dworze, który był teraz własnością jego kuzyna. Helrig nie
miał sumienia przepędzić krewnego, który to niegdyś się
nim zaopiekował, mimo, iż właśnie tak radzili mu mądrzy starcy.

Były
wódz popędził konia. Gnał galopem przed siebie, jakby ktoś
deptał mu po piętach. Na skraju lasu stopniowo zaczął zwalniać.
Rozglądał się wokół siebie, jakgdyby czegoś szukał. A
może kogoś? Wreszcie wjechał pomiędzy gęste, wysokie zarośla i
tam zniknął. Kierował się ku niewielkiej polanie skąpanej w
migotliwym świetle księżyca. Tam zatzymał się i zwinnie
zeskoczył z konia. Ledwie zdążył obrócić głowę, wokół
niego znaleźli się ludzie owinięci szczelnie w czarne opończe.
Było ich siedmiu, na głowach mieli głęboko naciągnięte kaptury,
które skutecznie zasłaniały twarze. Stali w okręgu
otaczając ze wszystkich stron swego gościa. Gothild skłonił się
im. Odpowiedziała mu jednak niepokojąca cisza.

  • Czekaliśmy
    na ciebie – odezwała się wkońcu jedna z postaci.

  • Wybaczcie
    czcigodni ojcowie – wiking pochylił głowę – Nie miałem
    możliwości przybyć wcześniej.

  • Taaak
    – odparł tamten przeciągle- to, że twoje możliwości ogólnie
    nie są wielkie, już wiemy – zawiesił na chwilę głos, po czym
    kontynuował – A szkoda...oj szkoda. Liczyliśmy na ciebie. Nasz
    pan na ciebie liczył. A ty zawiodłeś go poraz kolejny. Tak, tak,
    zawiodłeś wiele razy, a zawsze winna była ta kobieta. Nigdy nie
    potrafiłeś zrozumieć, że ona nie jest dla ciebie... Trzymasz się
    tej upadłej niewiasty jak tonący brzytwy. I cóż ci z tego
    przyszło? Jak dotąd nic dobrego.

  • Przynoszę
    wieści. - udało mu się wkońcu wtrącić.

  • Mów
    więc, może na coś nareszcie się przydasz. No na co czekasz?

  • Jedno
    musicie mi obiecać.

  • Doprawdy?
    Musimy?

  • Nie
    zapominajcie, że mimo wszystko jesteście ode mnie zależni.

Zakapturzony chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz
jeden z jego towarzyszy uciszył go gestem dłoni.

  • Niech
    mówi.

  • Cokolwiek
    by się stało, jakkolwiek potoczą się losy nas wszystkich, nie
    skrzywdzicie mojej żony. Jej jednej pozwolicie odejść w pokoju.

Wszyscy siedmioro roześmiali się.

  • Jakaż
    miłość do kobiety potrafi być zgubna... - teatralnie westchnął
    jego rozmówca – Ale jak sobie życzysz. Ją jedną puścimy
    wolno. A teraz mów co wiesz.

  • Wszyscy
    siedmioro przysunęli się bliżej i otoczyli Gothilda ciaśniejszym
    jeszcze kręgiem. On zaś zaczął opowiadać. Długo i szczegółowo
    zdawał relację z przygotowań do walki po stronie wikingów.
    Tamci słuchali uważnie, ważąc każde słowo. Kiedy skończył
    czarne postacie oddaliły się pospiesznie. Gothild stał jeszcze
    jakiś czas i wpatrywał się w wieczorne niebo nad sobą.
    Rozmyślał. Polana pogrążała się tymczasem w coraz większym
    mroku, noc zapadała i chłód stawał się coraz bardziej
    dokuczliwy.

  • Dlaczego?
    Dlaczego my zawsze musimy stać po przeciwnych stronach...-
    wykrzyczał ku gwiazdom blado migoczącym na granatowym sklepieniu
    nieba.

W tym momencie poczuł jak czyjaś silna ręka zaciska
się niczym kowadło na jego ramieniu. Wrócił do
rzeczywistości. Dopiero teraz ich zauważył, choć musieli tak stać
już od dłuższej chwili. Po obu jego stronach stało dwóch
rosłych wikingów. Znał ich, to byli dawniej jego wojownicy.

  • Nasz
    wódz ma dla ciebie zbyt miękkie serce. Wiedzieliśmy, że to
    niedobrze zostawiać cię przy życiu, parszywy szpiegu i zdrajco.

  • Więc
    postanowiliście sami wymierzyć mi sprawiedliwość? - starał się
    nadać swemu głosowi kpiący ton, nie był w stanie jednak
    zapanować nad jego drżeniem.

  • To
    zdaje się najlepsze co możemy zrobić.

W drugiej ręce tego, który trzymał Gothilda ni
stąd ni zowąd pojawił się nagi miecz. W mgnieniu oka stal
błysnęła mu przed oczami. Zacisnął powieki. Nie poczuł bólu
ani słabości, nie poczuł nic, prócz tego, że żelazny
uścisk na jego ramieniu się rozluźnił. Usłyszał szczęk
spadającej broni i szelest trawy. Otworzył oczy. Stał nadal w tym
samym miejscu,nikt go jednak nie trzymał. Przed sobą zobaczył
drugiego napastnika. Tamten jednak był już daleko. Biegł przed
siebie na oślep a tumany kurzu unosiły się za nim. Kątem oka
zauważył też zarys ludzkiej sylwetki znikającej w zaroślach.
Oprzytomniał. Rozejrzał się pospiesznie w poszukiwaniu swego
konia, nigdzie jednak nie było zwierzęcia widać. Nie zastanawiając
się ani chwili rzucił się pędem przed siebie. Biegł na oślep,
noc bowiem już zapadła, a las był gęsty i ciemny. Co chwila
potykał się o coś i upadał, ranił twarz zahaczając o niskie
gałęzie. W ustach czuł smak krwi. Szkarłatna ciecz zalewała mu
oczy. Znów upadł. Próbował się podnieść. Na
próżno. Stopa zakleszczyła mu się i mimo szarpania nie dała
się uwolnić. Jego wzrok zdążył przyzwyczaić się już do
ciemności, widział więc teraz wyraźniej. Obejrzał się za
siebie. Ku niemu szedł drugi z wikingów, ten który
uciekł na widok jego wybawcy. W dłoniach coś trzymał, lecz z
daleka trudno było rozpoznać przedmiot.

  • No,
    teraz cię mam. Zostawił cię? Widzisz, zdrajców prędzej
    czy później opuszczają wszyscy, bo wszyscy się takimi jak
    ty brzydzą.

Mężczyzna zatrzmał się w dość dużej odległości
przed mocującym się z uwolnieniem stopy Gothildem. Wszystko
wydarzyło się tak szybko, że były wódz ledwie zdołał
zorientować się co się dzieje. Tamten uniósł rękę
trzymającą przedmiot, który teraz błysnął wśród
ciemności. Rozległ się krótki świst. Gothild skulił się
w sobie przygotowany na cios nie mogąc już nic więcej zrobić. W
tym samym momencie mignęła mu przed oczmi jakaś postać i
zasłoniła widok. W następnej chwili ktoś osunął się na ziemię
tuż przed nim, a w oddali rozległ się znajomy głos.

  • Bjorn!
    Stój! Co ty na wszystkich bogów wyprawiasz.

Zza drzew wyłonił się Helrig prowadzący za uzdę
parskającego niespokojnie konia.

  • To
    zdrajca! A tamten...

Nowy wódz uciszył mężczyznę. Podszedł do
leżących na ziemi dwóch postaci.

  • Helrig,
    ja...

  • Zamilcz
    Gothildzie. Starcy mieli rację, miałem dla ciebie zbyt miękkie
    serce, nie podejrzewałem nawet... - głos mu się załamał – że
    jesteś aż takim...że potrafiłbyś im wydać nas wszystkich.

W następnej chwili Gothild poczuł silne szarpnięcie i
jego stopa nareszice uwolniła się z pułapki, jednocześnie Helrig
postawił go na nogi jednym, sprawnym, zdecydowanym ruchem.

  • Bjorn,
    zajmij się nim. Doprowadz do dworu. Żywego.

Tamten skinął i przejął więźnia.

  • Weź
    mojego konia.

Wojownik zarzucił oniemiałego Gothilda na grzbiet
ogiera, sam wskoczył na siodło za nim. Po chwili zniknęli z pola
widzenia Helriga. On zaś uklęknął obok leżącego na ziemi ciała.
Poczuł jak cała krew odpływa mu z twarzy.

  • Arakiel...

Wpatrywał się w trupio bladą, znajomą twarz poprzez
mgłę oślepiających go niemal łez, które same cisnęły
się do oczu. Podniósł ciało i przycisnął do siebie.

  • Dlaczego?
    Na wszystkich bogów, dlaczegoś ty to zrobił?

  • Przysięgał
    ją chronić – usłyszał za sobą kobiecy, spokojny głos.

  • Brunhild,
    ale...

  • On
    musiał. Tak będzie zawsze. Dopuki ona nie zrozumie... Jeżeli
    wogóle kiedykolwiek to się stanie...

Podeszła i uklękła obok męża. Odgarnęła mu z
twarzy włosy i mocno przytuliła. Wybuchł gwałtownym płaczem.
Ukrył twarz w jej włosach i płakał jak dziecko nie wypuszczając
z ramion martwego ciała.

  • Nie
    płacz, kochany. On tego właśnie chciał. Ponad wszystko pragnął
    ją chronić i sprawić, by była szczęśliwa. Po to się tu
    znalazł. Tylko po to pszeszedł przez studnię.

  • Więc
    dlaczego...

  • Naprawdę
    tego nie pojmujesz? Nie mógł dać jej szczęścia w inny
    sposób. To on jest jej szczęściem, Gothild, gdyby go
    utraciła...

Helrig skinął głową. Wstał. Ona również.
Otarła mu mokrą od łez twarz rękawem sukni. Ruszyli w kierunku
domu. On niosąc na rękach ciało białowłosego mężczyzny, ona
kilka kroków z tyłu, pogrążona we własnych myślach.

Kristina
pędem wybiegła na dziedziniec. Dopadła Bjorna prowadzącego przed
sobą jej męża. Gothild miał spętane z tyłu ręce.

  • Kochany,
    coś ty zrobił... - z jej oczu tryskały łzy. - Jak ty mogłeś...

  • Wybacz
    mi. Ja musiałem. Nie mogłem inaczej.

  • Co
    teraz będzie? Z tobą? Z nami?

  • Nic
    się nie martw moja najukochańsza, ty jesteś bezpieczna.

  • A
    ty?

Nic jej nie odpowiedział.

  • Wybaczcie
    pani, musimy czekać na wodza. - oznajmił wojownik.

Po chwili w bramie pojawiły się dwie sylwetki.

  • Helrig!
    Brunhild! Proszę was... Zaklinam was na wszystko co... - krzyknęła
    Kristina, po chwili jednak zaniemówiła.

Brunhild wyprzedziła męża i podeszła do siostry.
Przytuliła ją mocno do siebie.

  • Kochana,
    ty wiesz, że nic nie możemy zrobić.

  • Wiem
    – jęknęła starsza z sióstr.

  • On
    niestety stoi po przeciwnej stronie. Dotąd wasza miłość wznosiła
    się ponad to, jednak teraz... wszystko się teraz zmieniło... Oni
    upomnieli się o niego – nie mogła powstrzymać łez – Nikt już
    nie może nic zrobić. On należy do innego świata niż my, czy
    tego chcemy czy nie.

Tuliły się do siebie i płakały.

  • Dziękuję,
    że mam ciebie... gdyby nie ty...

  • Zawsze
    mamy siebie, co by się nie działo, moja kochana siostrzyczko, i
    zawsze będziemy miały.

Helrig
ułożył ciało, które niósł w ramionach, u stóp
Kristiny.

  • Myślę...
    że chciałby się z tobą pożegnać – szepnął.

  • Ale...
    co on...

  • Gdyby
    nie on, teraz położyłbym tu twojego męża. - Helrig wstał i
    otarł łzy.

Wzrokiem miotającym pioruny spojrzał na Gothilda.

  • Nie
    jesteś tego wart. Tak jak nie jesteś wart swojej kobiety...

Zwrócił się do Bjorna.

  • Zwiąż
    go, zaknebluj i wtrąć do piwnic. Potem zróbcie z nim co
    chcecie.

Ten skinął głową i popchnął więźnia przed sobą.

  • Kristina!!!
    - krzyknął Gothild nim został zakneblowany.

Ona dotąd stała jak słup soli, nieobecna,
zdezorientowana. Teraz odwróciła się i suchymi już, lecz
przepełnionymi bezdennym smutkiem oczyma spojrzała za odchodzącymi.

  • Kocham
    cię – zawołała – zawsze będę cię kochać, mimo wszystko!

Odwróciła się znów i spojrzała na
Helriga.

  • Niech
    już będzie po wszystkim.

  • Będzie,
    moja mała siostrzyczko – pogłaskał ją po włosach – Ja
    osobiście nie mógłbym... Niech inni osądzą, a my im nie
    przeszkadzajmy.

Obie kobiety pokiwały głowami. Kristina spojrzała na
ciało leżące u jej stóp. Westchnęła.

  • Jego
    poświęcenie poszło na marne... i tak stanie się to, co miało
    się stać.

  • Przyszłość
    to nie tylko jutrzejszy dzień albo przyszły rok – Brunhild
    wyrwała się z zamyślenia – Wszystko dzieje się po coś. Czasem
    tylko trzeba trochę poczekać na efekty jakiegoś działania.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz