Szpiczastoucha - Rozdział II: Łzy Monique i Lynna

Rozdział II

"Łzy Monique i Lynna"

    Gęsta plątanina lian i liści nawet za dnia przysłaniała wszelkie promienie słoneczne, nic więc dziwnego, że w środku nocy w Lesie Calluna. Ciemność była tak głęboka, że zdawała się być odrębną istotą. Rzadko który śmiertelnik odważyłby się zapuścić w tamte okolice, ale dwóm elfkom (a właściwie jednej elfce czystej krwi i jednemu mieszańcowi) nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu – znały tu każdy konar i każdy wystający z ziemi korzeń. W powiedzeniu, że mogłyby odnaleźć właściwą drogę z zamkniętymi oczami nie byłoby ani słowa przesady – zdawało się raczej, że po zamknięciu oczu zrobiłoby się jaśniej. Ścieżka Księżyca, nosząca miano „ścieżki” mocno na wyrost, bo podróż nią charakteryzowała się po prostu kluczeniem między pniami, zaroślami i pnączami, była ich ulubioną trasą – mało kto w ogóle był w stanie ją odnaleźć, więc miały święty spokój, ale jednocześnie po opanowaniu drogi, ścieżka była naprawdę przydatnym skrótem. Dodatkowo dreszczyk adrenaliny, czy jednak kogoś nie spotkają, uprzyjemniał im późne powroty do domu, w czasie których snuły opowieści, jak niezwykły musiałby być mężczyzna, który odważyłby się przeciąć im drogę przez Las Calluna .

    Po przedarciu się przez ciemną gęstwinę, zgrzane Lillian i Yvonne wybiegły na małą polankę. Była idealnie okrągła, jakby ktoś wytyczył ją w przeszłości gigantycznym cyrklem. Dziewczęta wiedziały oczywiście, jak zresztą każdy przedstawiciel ich rasy, że przed zalesieniem tego miejsca chroni polankę starożytna elfia magia – w przeszłości, kiedy elfy były w stanie ciągłej wojny z innymi gatunkami, wabiły one pościg przez gęstwinę, po czym wpędzały wrogów na takie właśnie polanki, wystawiając ich na łatwy cel niezawodnych łuczników. Obecnie nikt już nie toczył krwawych wojen w elfich lasach, ludzie nie odważali się zapuszczać w gęstwiny, a elfia młodzież urządzała na wolnych od drzew placach potańcówki w świetle gwiazd, skrywane w najgłębszej tajemnicy przed starszyzną. Czasem także co odważniejsi z młodych wymykali się we dwoje i w miękkiej trawie oddawali miłosnym igraszkom. Lillian i jej przyjaciółka natomiast upewniały się właśnie po tej polance, że nie zmyliły drogi. Miejsce to zwało się Łzami Monique, ponieważ w czasach wojen poległa na niej elfka o tym imieniu. Skryła się w gęstwinie, uzbrojona w łuk, chcąc wspomóc elfie wojska, ale wypatrzył ją jeden z wrogów. Z początku powiadano, że zaprzedał on duszę bogom podziemi, by zyskać moc poruszania się w elfich lasach, ale im dłużej przekazywano sobie legendę z ust do ust, tym groźniejszym okazywał się przeciwnikiem – szerzyła się plotka, że przeciwnik był demonem, a nawet władcą świata podziemnego. Domyślając się elfie zasadzki, wojownik pochwycił Monique i wywlókł ją na polankę. Dalsza wersja historii nie była jasna – jedni twierdzili, że demon poderżnął elfce gardło, inni, że użył jej jako żywej tarczy, sceptyczni dodawali, że to jeden z elfich wojowników chybił. Najczęściej jednak mówiło się, że demon, pewien już swej zguby, postanowił upokorzyć całą elfią rasę i zgwałcił Monique na oczach elfich wojsk. Wojownicy złożyli broń, nie wiedząc, jak go powstrzymać, jednak Darryl, skrycie zakochany w Monique, nie wytrzymał widoku cierpień ukochanej i położył trupem demona. Strzała przeszyła jego ciało na wylot i utkwiła w sercu Monique. Właśnie z tego powodu, że każde z takich miejsc kryło lub mogło kryć podobne historie, urządzanie wszelkich tańców na polankach było zabronione – przynajmniej oficjalnie, bo ostatnie pokolenia nie wierzyły już dawnym legendom i powtarzało hardo, że mity, w tym ten o Monique, są wytworami wyobraźni starych elfek bojących się, że córka może puścić się z demonem. Niemal każda zbuntowana elfka z okolicy uważała za punkt honoru uwieść nieznajomego i zaciągnąć go na Łzy Monique – tam zresztą została spłodzona Yvonne. Najbardziej bezczelni powtarzali, że skoro Monique zginęła w najpiękniejszej chwili swojego życia, to oni w tym samym miejscu będą szukać równie potępianej rozkoszy.

    Teraz przyjaciółki nie myślały jednak o zabawach czy namiętności, a zwyczajnie cieszyły się, że nie zgubiły ścieżki. Od polanki droga do ich domostw była już nad wyraz prosta, szybko więc znalazły się na głównym placu osady.

    - Późno już… – szepnęła Lillian, zdając sobie nagle sprawę z tego, jak bardzo jest spóźniona.

    - Ach, matka…? – W głosie Yvonne zabrzmiało zrozumienie. – Żaden problem, możesz przecież przenocować u mnie, chodź!

    Jasnowłosa uśmiechnęła się w duchu na samą myśl o tym, że snów spotka matkę Yvonne. Bez wątpienia była ona o wiele bardziej interesująca, niż cała rodzina Lillian razem wzięta. Elfki pobiegły radośnie, a ich ciche kroki, niedosłyszalne dla człowieka, poniosły się szerokim echem po uliczkach miasta.

    Matka Yvonne jeszcze nie spała, co nie było niczym zaskakującym. Dziwiło raczej to, że była sama – choć zawsze istniała możliwość, że nowy kochanek spał już po prostu w którymś z pokoi.

    - Cześć, matka! – zawołała czarnowłosa, wbiegając do mieszkania. – Lill dziś u nas zostanie, dobrze?
    
    - Jasne, żaden problem! Zróbcie sobie jakąś kolację…

    - Dobry wieczór! Nie sprawię pani kłopotu…?

    - Och, Lillian, tyle razy prosiłam, żebyś mówiła mi po imieniu… Jestem Lynna.

    Młódka uśmiechnęła się. Lynna, a właściwie Yrlynne, wyglądała niesamowicie – większość swoich włosów obcięła tuż przy skórze, tworząc na głowie niezwykle długiego i lśniącego irokeza. Ponadto miała na sobie obcisłe spodnie z czarnej skóry (zakupione gdzieś na ludzkim targowisku) oraz lśniącą, elfią tunikę, jednak ściętą na wysokości bioder. Lillian, patrząc na nią, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu – sama świadomość tego, jak bardzo Lynna bulwersowała starszyznę, poprawiała nastrój zbuntowanej młodzieży.

    - Maaamoo… Co sięęę dzieeejee…? – Zza ściany dobiegło stłumione ziewnięciem pytanie, po czym do kuchni wpadł Yvo – młodszy brat Yvonne, o ognistorudej czuprynie. Sięgał siostrze dopiero do pasa i większość dnia spędzał przy matce, ale i tak było widać, że wyrośnie z niego urwis. Na razie był jeszcze w zasadzie dzieckiem. No a kolor jego włosów był niezbitym dowodem tego, że ojcowie jego i Yvonne nie mieli ze sobą za wiele wspólnego. Rude włosy były domeną mieszkańców Rubieży Zachodnich. Więcej dzieci Lynna się nie doczekała, czego można było żałować, ponieważ obcowanie z nimi było interesującą lekcją geografii.

    - Twoja siostra wróciła, idź spać, Yvo! – zawołała wesoło elfka i poszła do synka. – Dziewczyny, dacie sobie radę same? Ja idę go położyć, a potem pewnie trochę pomaluję…

    Malowanie było kolejną z rzeczy, które odróżniały Lynnę od innych elfek – powszechnie uważało się, że te powinny czytać i pisać, no i oczywiście tkać oraz haftować. Yrlynne nie miała nic przeciwko robótkom kobiecym, kiedy szło o przerabianie bądź szycie ubrań, jednak mozolne haftowanie nimf i zjaw wolała zostawiać śmiertelniczkom. Dla niej było to po prostu nudne. Natomiast obrazami nieustannie szokowała otoczenie, pokazując groteskowo powykrzywiane kształty nagich postaci, splecionych w miłosnych uściskach. Zbulwersowane matki zasłaniały oczy dzieciom i mrużyły własne, po czym odchodziły z zaróżowionymi policzkami, co Lynna witała wybuchami radosnego śmiechu. Farby sporządzała sama lub z pomocą Yva, płótna kupowała wśród ludzi, a raz na jakiś czas sprzedawała swoje obrazy natchnionym magom, którzy oczekiwali, że odnajdą w krzykliwych barwach natchnienie.

    Yvonne i Lillian, choć miały ogromną ochotę obejrzeć najnowsze płótna matki mieszanej, gdy tylko spostrzegły, że ziewają częściej niż odzywają się do siebie, powlokły się do pokoju czarnowłosej, zrzuciły ubrania i nagie padły jak nieprzytomne na szerokie, wygodne łóżko.

CDN.

Komentarze

Obrazek użytkownika Gotan
Gotan on ndz., 02/09/2014 - 12:27

Powiem szczerze bardzo mnie wciągnęła ta historia i będę wyczekiwał dalszych części :)

Obrazek użytkownika Lorelay
Lorelay on ndz., 02/09/2014 - 12:28

...że ta część zdecydowanie bardziej mi przypadła do gustu pod względem treściowym, niż poprzednia. Irytujące mnie elementy, o których wspomniałam przy komentowaniu pierwszego fragmentu, zgrabnie wyeliminowałaś. Przyjemnie czytało mi się historię Monique, a raczej jej różne wersje, stylizacja na mit czy legendę zazwyczaj do mnie trafia, wpleciona w dłuższą formę prozy. Bardzo podoba mi się postać Lynny, jest mocno zarysowana, interesująca i powoduje uśmiech na twarzy.
Muszę jednak przyznać, że tym razem trochę męczy mnie niedopracowany styl. Zbyt dużo zdań wielokrotnie złożonych ciężko się czyta, podobnie jak sporą ilość powtórzeń mniej więcej do połowy tekstu. W dwóch czy trzech zdaniach przyczepiłabym się do ich szyku.

No Avatar
Veris on ndz., 09/21/2014 - 16:28

Naprawdę ciekawe i intrygujące, trochę szkoda, że autorka nie poprowadziła tego dalej :( Przynajmniej ja nie mogę znaleźć kolejnych części.