Avengers: Endgame

Dlaczego Koniec gry to prawdopodobnie najlepsza rzecz, którą widziałam w tym roku?

Odpowiedź na pytanie w tytule jest bardzo prosta, ale zarazem wymagająca skrupulatności. Era Kinowego Uniwersum Marvela ciągnie się od przeszło dekady. Avengers: Koniec gry jest nie tylko dokładnie dwudziestym drugim filmem Marvel Studios, lecz także (nomen omen) końcem pewnej historii. Kiedy w 2008 roku do kin wchodził pierwszy Iron Man, nikt nie spodziewał się, że drużyna superbohaterów ze świata komiksowego giganta urośnie do miana symbolu popukultury XXI wieku. Dzisiaj, gdy na srebrnym ekranie możemy zobaczyć cudowne i nostalgiczne podsumowanie tych jedenastu lat ciężkiej pracy i kreatywności, nie zostaje nic innego, jak podziwiać wirtuozerię i perfekcyjność wszystkich osób, które przyczyniły się do tego sukcesu, ponieważ Avengers: Koniec gry to ukłon i puszczenie oka w stronę wiernych miłośników, wymagających nietuzinkowości i spektakularności marvelowskiego widowiska.

Jeśli dla kogoś Wojna bez granic była absolutnie zachwycająca, a zestawienie wszystkich dotychczasowych bohaterów MCU przyprawiało o ciarki, to gwarantuję, że Koniec gry podwoi te doznania. Bracia Russo stanęli na szczycie możliwości twórczych, jeśli chodzi o kino komiksowe. Już w poprzedniej części Avengers dali popis maestrii reżyserskich, kreując widowisko windujące jakość współczesnych blockbusterów. Tym razem mogę powiedzieć, że przeszli samych siebie – to, co dzieje się na ekranie podczas Końca gry bije po oczach, wywołuje całą kaskadę emocji i nie pozwala ani na moment odwrócić oczu. Zapomnijcie o jedzeniu i piciu w trakcie seansu – podczas tego filmu będziecie zbyt zajęci przeżywaniem wydarzeń, aby zanurzyć nachosa w sosie lub sięgnąć po kubek z napojem.

Koniec gry rozpoczyna się bardzo niewinnie i, tak jak się spodziewałam, akcja dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z Wojny bez granic. Chociaż na początku brakuje konkretnych sytuacji wprowadzających do dalszej fabuły, to zaprezentowanie losów ocalałych doskonale pozwala wczuć się w pochmurny klimat Nowego Jorku (i całego świata) po pstryknięciu Szalonego Tytana. Owe pierwsze kilkanaście minut to w większości te momenty, które twórcy pokazali nam wcześniej w zwiastunach i zapowiedziach. Nie czuję się jednak rozczarowana – manipulacja obrazem typowa dla trailerów marvelowskich produkcji i tym razem miała miejsce, więc nie wszystko, co pokazane dotychczas, koniecznie znajduje się w filmie i na odwrót. Nostalgiczny początek wydaje się być trochę na przekór oczekiwaniom widzów. Po Wojnie bez granic spodziewać się można, że Koniec gry zacznie się od razu trzęsieniem ziemi – tak się jednak nie dzieje. W najnowszym filmie braci Russo następuje spokojne wprowadzone, płynne przejście pomiędzy ich poprzednim i obecnym widowiskiem, aby dopiero potem wbić widza w fotel.

Twórcy produkcji podeszli do tematu bardzo sentymentalnie – poza niejednokrotnie „ukrytymi” bezpośrednimi nawiązaniami do poprzednich widowisk Marvel Studios (przytaczając je, musiałabym posunąć się do spojlerów, których pragnę uniknąć w tej recenzji) w Końcu gry odnajdziemy po trochu nastojów i klimatów solowych adaptacji z poprzednich dwudziestu jeden filmów. Tym samym nie zabraknie rubasznego humoru Thora, zabawowego obycia Strażników Galaktyki, patriotycznego i patetycznego podejścia Kapitana Ameryki czy odrobiny bezczelności Iron Mana. Bohaterowie mierzą się z własnymi demonami, stawiając czoła nie tylko (wspólnej dla nich wszystkich) przeszłości z Wojny bez granic, lecz także osobistym stratom i lękom. Koniec gry to z jednej strony fantastyczny crossover, nad którym studio pracowało ponad dekadę. Z drugiej – widowisko i manifest indywidualności postaci, jakie znamy, między innymi, z ich solowych produkcji.

Ten film zdecydowanie nie jest skierowany do osób, które z widowiskami Marvel Studios miały jedynie pobieżną styczność. Koniec gry to ukłon w stronę wiernych fanów, dzielnie trwających przy MCU od jedenastu lat. Stąd, między innymi, wspomniane wcześniej easter eggi, spełnianie drobnych oczekiwań widzów, ale także łamanie oczywistości i granie miłośnikom na nosach. Nie warto przed seansem się nastrajać i mieć nadziei – o ile fanowska gra w zgadywanki fabularne to przednia rozrywka, o tyle przywiązywanie się do pewnych możliwości przyniesie za sobą ogrom rozczarowań. Avengers: Koniec gry to fantastyczne widowisko i gwarantuję, że jego spodziewane lub nie momenty nie mają żadnego wpływu na jakość. Złożoność akcji jest tak duża i zawiła, że prawdopodobnie nie ma nikogo, kto odgadnąłby wszystkie istotne szczegóły scenariusza. Niesamowitość fabularna jest nie do opisania – z każdą minutą zaskakiwało mnie coś nowego, co dawało zupełnie inne spojrzenie i nową perspektywę na poczynania bohaterów.

Ze wszystkich filmów MCU to właśnie Avengers: Koniec gry jest zdecydowanym numerem jeden. Doskonale podsumowuje dorobek studia – zarówno w warstwie fabularnej, jak i formalnej filmu, zapewnia trzy godziny fantastycznej rozrywki, jest mistrzowskim wizualnie widowiskiem oraz pięknym nostalgicznym wejściem w nową erę Marvel Studios. Chociaż wydawać by się mogło, że widzieliśmy już wszystko i wszystko już było, Kinowe Uniwersum Marvela ma nam jeszcze wiele do zaoferowania. Szereg wspaniałych postaci wkroczył w nową fazę – symbolicznie przewodzi im Kapitan Marvel. Oprócz tego studio ma do dyspozycji mnóstwo nowych superbohaterów – zarówno tych, o których już wspominali, jak i zupełnie nowych, po niedawnym wykupieniu Foxa. Nie pozostaje nic, tylko cierpliwie czekać, co dalej przyniesie za sobą historia tworzona przez Marvel Studio. Koniec gry kończąc poprzednią dekadę, z przytupem rozpoczął nową, więc zdecydowanie jest czego oczekiwać.

Sylwia PersilGold Zazulak
Korekta: Adam Gotan Kmieciak

Tytuł: Avengers: Koniec gry
Tytuł oryginalny: Avengers: Endgame
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Produkcja: USA
Data premiery: 25 kwietnia 2019
Czas trwania: 182 min

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski