Pokemon: Let’s Go, Pikachu!

Chyba nie ma na tym świecie osoby, która chociaż nie słyszałyby o Pokemonach. Bijąca jakiś czas temu rekordy popularności gra „Pokemon Go” jest tylko wierzchołkiem prawdziwej góry lodowej produkcji, które w mniejszym bądź większym stopniu wpłynęły na światową popkulturę. Kultowe już tytuły z pierwszego Game Boya zdążyły przez lata ewoluować i stać się czymś więcej niż tylko grami. Pokemony wkroczyły do telewizji, otrzymały także kilka pełnometrażowych filmów animowanych, a w tym roku na ekrany kin wejdzie aktorka wersja, w której Ryan Reynolds wcieli się w… Pikachu.

„Pokemon: Let's Go, Pikachu!” to tytuł, który z jednej strony wyznacza nowy kierunek w rozwoju, z drugiej natomiast odwołuje się do sentymentów i wspomnień osób, które przed laty po raz pierwszy zetknęły się z tymi grami jeszcze na małych ekranach pierwszej przenośnej konsoli Nintendo. Warto bowiem wspomnieć, że mówimy o grze, która nie jest kolejną, pełnoprawną odsłoną cyklu. To remake „Pokemon Yellow” z 1998 roku.

Let’s go!

Przygodę zaczynamy od wyboru płci naszej postaci, następnie nadajemy jej imię i już po chwili obserwujemy profesora Oaka, który przybliża nam realia pokeświata i udziela pierwszych wskazówek. Stary profesor tradycyjnie już w pewnym momencie ujawnia swoją sklerozę i musimy przypomnieć mu, jak nazywa się jego wnuk. A gdy mamy za sobą kwestie formalne, pojawiamy się w domu, przed naszym bohaterem stoi telewizor, a przy nim leży wirtualna kopia Nintendo Switch. W tym momencie nasza przygoda zaczyna się na dobre.

Niestety już pierwsze minuty przyniosły mi ogromne rozczarowanie, którym okazał się system łapania Pokemonów. Ten jest praktycznie przekalkowany z gry „Pokemon Go”. Zapomnijcie zatem o konieczności osłabienia stworka, którego sobie upatrzyliście. Tutaj schemat działania jest zupełnie inny i można by pomyśleć, że twórcy po prostu chcieli w ten sposób dotrzeć do pokolenia, które Pokemony kojarzy głównie ze smartfonów. Szkoda, bo cały urok łapania polegał na odpowiednim balansowaniu przy zadawaniu w trakcie walki pokemonów ciosów i tym samym zbijaniu poziomu HP przeciwnika często do stanu minimalnego. Potem było jeszcze dość nerwowe oczekiwanie, czy się uda i wielka radość, gdy w nasze ręce wpadł unikalny stworek (bądź też wczytywanie wcześniejszego save’a w razie porażki).

W recenzowanej przeze mnie odsłonie cały ten czar prysł. Pokemony nie tylko o wiele łatwiej jest złapać, ale i sama zabawa nie sprawia takiej radości jak dawniej. Już na starcie otrzymujemy 50 pokeballi, a kolejne bez problemu możemy zdobyć w potyczkach z przeróżnymi przeciwnikami bądź po prostu kupić w sklepie. Na szczęście w przypadku bossów, do których zaliczyć możemy choćby Zapdosa czy samego Mewtwo, twórcy zdecydowali się zachować oryginalny sposób walki. Najpierw osłabić, a potem próbować schwytać bądź ewentualnie od razu użyć Master Balla.

Gdy wyzwanie rzucił los…

Schemat pojedynków nie zmienił się względem poprzednich odsłon. Potyczki odbywają się w systemie turowym, a do naszej dyspozycji oddano cały zakres ciosów, które zdążyliśmy już dobrze poznać choćby w grach na Game Boya. Nasi mali przyjaciele wraz ze wzrostem poziomu doświadczenia uczą się także nowych technik walk. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że dysponujemy miejscem jedynie na cztery umiejętności, tak więc wielokrotnie przyjdzie nam dokonywać wyboru, która z nich może przydać się w przyszłości bardziej.

Zmianie uległy wizualne aspekty gry. Dodano animacje, kamera w czasie walki zmienia swoje położenie, dzięki czemu mamy wrażenie, jakbyśmy obserwowali na telebimach prawdziwy turniej, a przeciwnicy cieszą się ze zwycięstwa bądź smucą w razie porażki. No i gdzieś tam w tle pojawiają się jeszcze postaci dobrze znane fanom anime (które także w wersji „Yellow” się przewinęły), czyli Jessie, James i Meowth z Zespołu R. Z Zespołem R przyjdzie nam toczyć pojedynki z użyciem dwóch Pokemonów. Nie jest to żadna nowość w serii, gdyż taka możliwość istniała już we wcześniejszych tytułach, jednak dobrze, że została uwzględniona także w tej grze.

Grafika prezentuje się naprawdę dobrze. Z jednej strony oddaje dość wiernie to, co mieliśmy okazję widzieć w pierwszych trzech odsłonach serii, z drugiej natomiast przenosi ten dobrze znany nam świat w realia trójwymiarowych obiektów, ciekawych animacji i Pokemonów, które swobodnie spacerują po okolicy, zamiast kryć się nie wiadomo gdzie. To ostatnie rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu, gdyż tym, co niezwykle drażniło mnie w poprzednich odsłonach, była konieczność przemieszczania się w jaskiniach i co za tym idzie, natrafiania na każdym kroku na przypadkowe Pokemony. Tutaj wyraźnie widzimy, który jest w pobliżu i jeżeli akurat nie jesteśmy zainteresowani próbą złapania go, to możemy po prostu przejść bokiem bez konieczności oglądania kolejnej animacji i wybierania później opcji ucieczki.

O wiele łatwiej także skompletować Pokedex, gdy można po prostu pominąć okazy, które mamy już w swojej kolekcji i skupić się na wyszukiwaniu tych do tej pory nie złapanych. Z jednej strony gra traci w ten sposób nieco na elementach zaskoczenia, z drugiej natomiast pozwala w wielu miejscach zaoszczędzić sporo czasu.

Bardzo miłym akcentem jest także umieszczenie elementów, które bezpośrednio nawiązują do starszych gier. W Pokecenter natrafimy na mapę rejonu Kanto, którą otrzymywaliśmy prawie na samym początku w wersji „Red”, „Blue” i „Yellow” (a także późniejszych ich remasterów na Game Boya Advance) od siostry naszego przeciwnika. Gdy nasze stworki trafią do lecznicy, na ekranie pojawiają się ich rozpikselowane avatary. Takich nawiązań w produkcji jest jeszcze kilka. W bardzo ciekawy sposób urozmaicają rozgrywkę i przywołują wspomnienia.

Ciekawostka od Nintendo

Kolejnym atutem, który tym razem wynika z możliwości, jakie daje nam Nintendo Switch, jest dodatkowy kontroler w postaci Pokeballa, który możemy nabyć zarówno z grą, jak i dokupić osobno. Sterowanie nim może początkowo wydać się nieco trudne, zwłaszcza jeżeli chwycimy go w zły sposób, jednak dość szybko przyzwyczajamy się i możemy jeszcze bardziej wczuć się w rolę łowcy Pokemonów. Trzeba tylko uważać, aby się za bardzo nie zaangażować i nie rzucić przypadkiem w ekran naszej konsoli… (Pozdrawiam moją żonę!) Gadżet co prawda ma odpowiednie zabezpieczenie, które zakładamy na rękę, aby w przypływie emocji czegoś nie zniszczyć, jednak nie ochroni przedmiotów znajdujących się naprawdę blisko, więc dodatkowa ostrożność nie zaszkodzi.

Kontroler posiada także jeszcze jedną, bardzo ciekawą funkcję i przy okazji pewien sekret, który powinien ucieszyć zwłaszcza fanów pierwszej serii. W urządzeniu ukryty jest Mew, którego możemy uwolnić i dołączyć do naszego teamu. W jego miejsce z kolei możemy wrzucić innego pokemona i zabrać ze sobą w podróż. Pokonane wspólnie kilometry wpływają na jego doświadczenie, a samo urządzenie od czasu do czasu komunikuje się z nami, przez co mamy wrażenie, jakby zamknięty w nim towarzysz chciał o sobie przypomnieć.

Kontroler można także z powodzeniem wykorzystać do łapania pokemonów w grze „Pokemon Go”, tak więc jego zastosowanie nie ograniczy się tylko do jednej gry.

Pogłaszcz Pikachu

Podczas rozgrywki naszym nieodłącznym towarzyszem jest Pikachu, którego zdobywamy na samym początku. Twórcy postarali się, aby podróżujący na naszym ramieniu Pokemon nie stanowił jedynie wizualnej ciekawostki i wprowadzili system przyjaźni. Możemy zatem naszego towarzysza pogłaskać, nakarmić czy ubrać w odpowiednio dla niego przygotowane ciuszki. Im bardziej go dopieszczamy, tym bardziej jest nam przychylny. Warto zatem od czasu do czasu zatrzymać się i zająć się nim.

Możemy także uwolnić jednego z pozostałych Pokemonów i tym samym przemieszczać się po świecie z dwoma towarzyszami u boku. Niektóre z nich mogą nam udzielić nawet wskazówek dotyczących tego, na co warto zwrócić uwagę. Bardzo zaciekawił mnie Mew, który w pewnym momencie zbliżył się do fontanny i zasugerował tym samym, że można w tym miejscu dokonać jakiejś interakcji.

Czy zatem „Pokemon: Let’s Go, Pikachu!” jest produkcją wartą polecenia? Gra zdecydowanie wciąga i z całą pewnością uderzy w sentymenty starszego pokolenia, które przed wieloma laty poznawało ten dziwny świat na czarnobiałych ekranach pierwszego Game Boya. Młodsi gracze także powinni się dość dobrze odnaleźć, chociaż z całą pewnością zwrócą uwagę na zdecydowanie mniejszą, bo ograniczoną jedynie do pierwszej generacji, liczbę Pokemonów. Ja osobiście bawiłem się bardzo dobrze i z pewnością jeszcze nie raz do tej gry powrócę.

Adam Gotan Kmieciak
Korekta: Anna Tess Gołębiowska

Tytuł: Pokemon: Let’s Go, Pikachu!
Producent: Game Freak
Dystrybutor: Nintendo
Data premiery: 16 listopada 2018 r.
Gatunek: RPG

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski