Shazam!

DC w dobrej formie. Powiedz jedno słowo, a będziesz zachwycony.

Kiedy do kin wchodzi kolejny superbohaterski film, żadna siła nie jest zdolna, aby powstrzymać mnie przed rychłym udaniem się na seans. Chociaż serce zdecydowanie mocniej bije mi podczas wszelakich ekranizacji komiksów Marvela, DC stanowi dla mnie sentymentalny powrót do lat dziecięcych, kiedy to Batman był moim numerem jeden (później jego miejsce zajął Spider-Man). Nie mogłam więc długo zwlekać przed pójściem do kina na „Shazama!”, łączącego (jak wywnioskowałam z promocji widowiska) wszystko to, co kocham – superbohatera, superzłoczyńczę i sporą dawkę poczucia humoru.

„Shazam!”, patrząc na ostatnie dokonania DC, jest filmem bardzo nietypowym i nieschematycznym. Odkąd na srebrne ekrany wszedł „Człowiek ze stali” (co miało miejsce w 2013 roku), a ja, wychodząc wtedy z kina, nie czułam nic innego poza zażenowaniem, sceptycznie i z dużą ostrożnością podchodziłam do kolejnych produkcji wytwórni. Zawsze były one dla mnie nadmuchane i pompatyczne, czego apogeum twórcy osiągnęli w „Lidze sprawiedliwości”. Z tęsknotą poszukiwałam w filmach DC „tego czegoś”, czym zachwycił mnie „Superman” Donnera, „Batman” Burtona lub „Mroczny Rycerz” Nolana, więc decydowałam się na kolejne seanse DC Extended Universe.

Owe „to coś” udało mi się nareszcie odnaleźć w najmniej oczekiwanym tytule. „Shazam!”, nie dość, że praktycznie nieznany dla niewtajemniczonych w komiksowy świat, to jeszcze zgoła odmienny od innych produkcji uniwersum DC, zdecydowanie zasługuje na uznanie i może być dumą wytwórni. Największą zaletą widowiska jest to, że nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. DC powraca do dawnej swobody, nie oszukując oglądającego nadmiernym sztywniactwem i patosem w stylu „God Bless America”. Film ma być rozrywką i dobrą zabawą, a jako że wpisuje się w kino familijne – także skłonieniem do drobnej refleksji. „Shazam!” jednak nie wciska truistycznych morałów i egzystencjalnych prawd każdym możliwym dialogiem, co w uniwersum DC jest dosyć powszechne. W tym filmie akcja zwyczajnie płynie do przodu, napędzana przez mniej lub bardziej przemyślane zachowania dwóch nastolatków, z których jeden nagle zyskał supermoce.

Trudno w fabule doszukiwać się słabych punktów. Co prawda DC w owej produkcji nagle nie zrewolucjonizowało i nie wyeliminowało wszystkich wad swojego uniwersum, lecz twórcy wyciągnęli na wierzch to, co w „Shazamie!” najlepsze, skrzętnie ukrywając niedociągnięcia. Shazam jako bohater rozbawia do łez, zmagając się nie tylko z superzłoczyńczą, ale i swoimi supermocami, nad którymi musi zapanować. Momenty, które normalnie uznalibyśmy za bezsensowne, pozbawione motywacji fabularnej lub zwyczajnie naciągane, w „Shazamie!” przedstawiono jako humorystyczne zmagania Billy’ego ze swoim dorosłym alter-ego.

„Shazam!” burzy także całą konwencję komiksu, będąc autoironicznym spojrzeniem na takowe produkcje. Poza licznymi odwołaniami do innych bohaterów uniwersum DC, w tym Supermana, Billy jako Shazam kpi sam z siebie, między innymi zastanawiając się, jak może skorzystać z toalety w postaci superbohatera, skoro nie umie zdjąć z siebie trykotowego stroju. Na uwagę zasługują też momenty „testów superbohaterskich”, które główny bohater przeprowadza za namową swojego kolegi, Freddy’ego, aby przekonać się, jakie niezwykłe zostały mu przekazane.

Wszystkie świetne momenty „Shazama!” przysłaniają nawet słabo wygenerowane metodą CGI Siedem Grzechów Głównych, będących pod panowaniem Thaddeusa Sivana, przeciwnika Shazama. Początkowo grafika nie powala, lecz jest to klasycznie słaby punkt uniwersum DC. Przypomnijmy sobie chociażby scenę z filmu „Liga Sprawiedliwości”, gdzie Henry’emu Cavillowi, wcielającego się w Człowieka ze Stali, w jednej ze scen komputerowo usunięto wąsy, co zaowocowało sztucznym i nienaturalnym ruchem ust bohatera. To tylko jeden z przykładów niedociągnięć jakościowych, które twórcy filmów DC mają na swoim koncie. W „Shazamie!” po raz kolejny takie błędy się pojawiły, lecz szybko zostały przysłonięte walorami, o których pisałam wcześniej.

Najnowsza produkcja z DC Extended Universe wzbudza nadzieję, że producenci i twórcy pójdą tropem lekkich i nienachalnych widowisk, porzucając pompatyczne i przerysowane historie. Traktaty moralizatorskie nie trafiają do widzów – idąc do kina na komiksowy film, oczekuje się w pierwszej kolejności rozrywki. Wszelkiego rodzaju morały schodzą na dalszy plan, a „Shazam!” udowodnił, że nie muszą być mocno wyeksponowane, aby trafiały do oglądającego. Po sukcesie „Mrocznego Rycerza” Nolana, DC wciąż próbuje umieszczać swoje filmy w ciemnym, mrocznym i niejednoznacznym moralnie świecie, co niestety, nie wychodzi na dobre w ogólnym odbiorze. Zdecydowanie lepiej sprawdziła się formuła zastosowana w „Shazamie!” - prosta historia przeniesiona na ekran, okraszona dawką dobrego humoru i niezobowiązującego przekazu, odpowiedniego dla całej rodziny. Skoro taki schemat się sprawdza, mam nadzieję, że twórcy DC Extended Universe pójdą tą ścieżką i kolejnym razem także oszczędzą mi napompowanej komunałami fabuły.

Sylwia „PersilGold” Zazulak
Korekta: Adam Gotan Kmieciak

Tytuł: Shazam!
Reżyseria: David F. Sandberg
Scenariusz: Henry Gayden, Darren Lemke
Produkcja: USA
Premiera: 5 kwietnia 2019
Czas trwania: 132 min.

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski