Uncanny X-men: Rewolucja, tom 1 (Brian Michael Bendis) - recenzja

    Cyclops, Magneto, Emma Frost i Magik po aferze z Phoeniksem borykają się ze swoimi nie do końca działającymi mocami. Na świecie znów zaczęli pojawiać się nowi mutanci, potrzebujący pomocy w opanowaniu swoich zdolności. Ponadto, zarówno na młodych, jak i starych posiadaczy genu X rozpoczyna się nagonka. Nękają ich wielkie roboty, Sentinele, dotykają ich też prześladowania ze strony normalnych ludzi. Wszystko to sprawia, że X-meni pod wodzą Cyclopsa mają pełne ręce roboty.

    Fabuła może nie jest zbyt skomplikowana, a dużą część zdarzeń da się przewidzieć, ale z drugiej strony (przynajmniej w obrębie tego komiksu) składa się w spójną całość pozbawioną dziur i większych udziwnień.

    Bohaterowie kierują się raczej złożoną logiką, jednakże trzymają się raczej obranych przez siebie zasad i lepiej lub gorzej, ale jednak motywują swoje działania. Co prawda na kartach komiksu nie uświadczy się ewolucji charakterów poszczególnych postaci, ale można zauważyć, że na przestrzeni poprzednich serii zmieniły się, niektóre nawet nie do poznania. Trzeba też dodać, że bohaterów zasadniczo da się polubić. Jednych bardziej, innych mniej, ale jestem pewien, że będzie można im kibicować.

    Niejakim problemem dla rozpoczynających przygodę z uniwersum Marvela czy X-Menami może być samo skomplikowanie świata. Na kartach komiksu co jakiś czas padają odniesienia do wydarzeń z Phoenixem czy z serii All New X-Men. Jakiekolwiek tłumaczenia są szczątkowe, ale z drugiej strony, ten komiks nie służy temu, żeby powtarzać coś, co już zostało opowiedziane.

    Można zauważyć, że projekty postaci są dość wysokie i wąskie. Przez kilka stron musiałem się przyzwyczajać do takiego stanu rzeczy, jednak po pewnym czasie zaczęły mi się nawet podobać. Co do strojów, autor „Uncanny X-Men” nie może się chyba zdecydować na styl. Niby postacie żeńskie nie biegają w bikini, ale z drugiej strony aż tak wiele im do niego nie brakuje – szczególnie Emmie Frost. Oczywiście Magneto czy Cyclops mają porządne kostiumy.

    Rysunki wykonano z dużą pieczołowitością. Są one na tyle szczegółowe, żeby nie odnosić wrażenia pustki, ale równocześnie detale nie utrudniają odbioru całości. Kadrowanie sprawia, że nie ma problemu ze śledzeniem akcji, dynamiczne sceny są rzeczywiście scenami, a nie nałożonymi na siebie rozmazanymi plamami. Ponadto dominują raczej ciepłe barwy, a natężenie kolorów pozwala czytać nawet przy słabszym świetle. Zatem pod względem wizualnym komiks prezentowałby się naprawdę świetnie…

    …gdyby nie to, że w #5 zmienia się rysownik i wszystko traci swój urok. Postacie, a szczególnie ich twarze nabierają, przynajmniej według mnie, paskudnego pseudorealizmu zaś tła tracą swoją szczegółowość i zostają zastąpione bladymi plamami o różnych odcieniach. Nie jestem pewien, czy Frazer Irving dostosował sposób rysowania do wydarzeń (oby!), czy może po prostu to wyróżnik jego stylu. Jeżeli ta druga opcja, to wolałbym, żeby jego rola twórcza w „Uncanny X-Men” była jak najmniejsza.

    Na szczęście na kartach całego komiksu nie ma żadnych problemów z zorientowaniem się co, kto i kiedy mówi. Zatem ten element zasługuje na plusika.
    Ponownie pochwała należy się wydawnictwu Egmont i tłumaczowi. Wszystko jest porządnie przełożone, zdania brzmią naturalnie, nie znalazłem baboli, a mój standardowy zarzut o wybiórcze tłumaczenie nazw własnych można odnieść jedynie do Kapitana Ameryki, który pojawia się epizodycznie.
    Wydanie ma miękką oprawę, a na końcu jak zwykle, można zobaczyć alternatywne wersje i szkice różnych okładek tego komiksu.

    „Uncanny X-Men” to w większej części bardzo atrakcyjny wizualnie, dość spójny fabularnie komiks z postaciami, które da się lubić. Minusem jest to, że wrzuca czytelnika w dość skomplikowane wydarzenia rozwijane w różnych seriach i przez lata. Z drugiej strony kiedyś trzeba zacząć, a zważywszy na fakt, że X-Meni mają już ponad 50 lat (kiedyś natrafiłem na wczesnego Spider-Mana i są to komiksy dość męczące w odbiorze dla dzisiejszego czytelnika), to czemu nie właśnie od „Uncanny X-Men”? Według mnie jest lepszy do startu niż „Uncanny Avengers”.

    Mimo pewnych wad z czystym sumieniem mogę polecić recenzowany przeze mnie komiks każdemu.

    Wojciech „Arry” Jakubowski
    Korekta: Matylda Zatorska

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy
    Wydawnictwu Egmont

    Tytuł: Uncanny X-men: Rewolucja, tom 1
    Tytuł oryginału: Uncanny X-Men: Revolution
    Autor: Brian Michael Bendis
    Rysunki: Chris Bachalo, Frazer Irving
    Wydawca: Egmont
    Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski
    Miejsce wydania: Warszawa
    Data wydania: 2016
    Liczba stron: 120
    ISBN: 978-83-281-1665-8

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany

    Komentarze

    No Avatar
    Vixen_87 on pon., 08/29/2016 - 15:02

    Tak się zastanawiam nad powrotem do komiksów. Ostatni zeszyt o X-Menach czytałam bodajże w 1999 roku, kiedy to znajomy nałogowo kolekcjonował zarówno polskie jak i zagraniczne wydania Marvela. Trochę się tylko zastanawiam nad tym, jak się to wszystko pozmieniało. Co jest z czym powiązanie. Czy obecnie publikowane historie naprawdę są zakorzenione w dawnych, czy też w pewnym momencie doszło do resetu i wszystko zaczęło się od nowa?